no to ja cos dorzuce o humanistyczno-dziennikarsikm profil glownie dla ludzi majacych cos do powiedzenia i lubiacych pisaac w pierwszej klasie jest na HD prawie jak na zwyklym humanistycznym. jedyna roznica to to, ze jest jedna godzina warsztatow dziennikarskich [niestety kosztem jednej godziny historii w wyniku czego w I klasie mam program rozszerzony i tylko 2 godziny w tygodniu ]. warsztaty te przynajmniej aktualnie sa czysto teoretyczne. w wiekszosci jest to przypomnienie z gimnazjum "jak pisac... no. list, artykkul" no dobra.. koniec z narzekaniami, teraz czas na jakies zalety najwazniejsze: prowadzenie szkolnej gazetki [zawsze jakas praktyka nie?], w klasie drugiej praktyki [podobno ]w radiu i gazecie... jak widac co niektorzy juz zasmakowali pracy w radiu no to chyba tyle

· 

Wiecie, myślę, że 4LO powinno połączyć dwa style Pocisku i Za ciosem.

Na pewno nie powinno być popularnych /w kręgach osób mojego wieku (czyt. 14-15 lat)/ FaL typu "JeSt W oGóLe ExtRa" itp. Dla mnie to jest zwykłe kaleczenie języka. Własnego i polskiego Nie wiem co w tym fajnego. Wyrazy polskie przekształcone na angielski też odpadają. Czasem nie wiadomo o co chodzi w danym tekscie. A już w ogóle kiedy połączymy to z FaLą - masakra...
(szacunek dla Mimro za podobne poglądy)

Myślę, że obecne "Za ciosem" jest mało znane. Słyszałam o tej gazetce jeszcze przed złożeniem podania do gimnazjum. Od początku ubiegłego roku szkolnego starałam się do niej dotrzeć. Bezskutecznie. Natomiast "Pocisk" dostał się w moje ręce bez żadnego specjalnego wysiłku. Po prostu dojrzałam ludzi przy głównym wejściu do szkoły, wyjęłam złotówkę z kieszeni i kupiłam... Padł tu pomysł dystrubucji (że tak to nazwę) w szkolnym sklepiku. To wcale niegłupi pomysł!

W nowej wersji "Za ciosem" powinny się znaleść artykuły refleksyjne, jak i z przymrużeniem oka. Wykorzystywane powinny być tematy "na czasie" oraz takie, które zawierały by zastrzyk kultury. Osobiście oglądałam kilka numerów gazetki prowadzonej w szkole brata Kasi140, gimnazjum nr 37 przy Kcyńskiej. Świetnie zorganizowana redakcja, przyciągająca oko oprawa graficzna i (przede wszystkim!) artykuły różnych ludzi, którzy niekoniecznie wchodzili w skład redakcji.

Pozdrawiam
Ps. To ja jestem tą "maniaczką pisania", o której wspomniała Kasia...

[ Dodano: 2005-12-02, 19:21 ]
Mam Pocisk, mogę Ci go pokazać...

jeżeli faktycznie czujesz, że to Twoje 'powołanie' to oczywiście idź za sercem


no właśnie tak czuje. Kocham pisać. Teraz w gimnazjum jestem redaktorem gazetki szkolnej i tak szczerze kręci mnie to:P A jak byłam w gazecie wyborczej na takich warsztatach to powiedzieli, że nadaje się na dziennikarkę. To mnie tak hmm podbudowało? :)

przypomniała mi sie gazetka szkolna z gimnazjum...(te wspomnienia)...miała ona około 10 stron, dziewieciu pierwszych nikt nie czytał (bo były tam nudne wywiady z nauczycielami dotyczące ich stosunku do przedmiotu) a na ostatniej stronie były pozdrowienia i sondy z uczniami
może SiSPRN zamieści w gazetce jakieś opowiadanie?

· 

Ze mną to jest tak, że strasznie dużo czytam (ostatnio może trochę mniej przez naukę ale patrząc na moją klasę i szkołę, zaliczam się do pierwszej piątki najbardziej oczytanych). Czytam i piszę.
Moje teksty pare razy ukazywały sie w lokalnych gazetach (głównie teksty okolicznościowe). W podstawówce byłam redaktor naczelną gazetki szkolnej, w pierwszej i drugiej klasie Gimnazjum recenzentem i Opiekunem działu literackiego w gazetce oraz jedną z osób korektorujących artykuły pod nieobecność polonistki. Obecnie (w klasie trzeciej Gim.) awansowałam na redaktor naczelną.
Poza tym sprawdzam, poprawiam i oceniam teksty wielu znajomym, otrzymałam też propozycję bycia korespondentem Gazety Poznańskiej, ale z powodu braku czasu musiałam odmówić :(

Żeby być redaktorem często trzeba mieć po prostu fuksa :)

Na stronie internetowej Kuratorium Oświaty w Rzeszowie ukazała się informacja o rozstrzygnięciach IV Podkarpackiego Konkursu Gazetek Szkolnych w Leżajsku. Redakcja naszej gazetki jest zaproszona na finał konkursu w dniu 29 maja w Leżajsku jako że zdobyła II miejsce w kategorii szkół ponadgimnazjalnych. I miejsce przypadło gazetce "Quero" z Zespołu Szkół Licealnych i Technicznych w Jarosławiu, zaś III miejsce gazetce "Elemencik" z Zespołu Szkół Zawodowych w Dynowie. Ponadto przyznano dwa wyrożnienia: dla gazetki "3 plus 8" z Zespołu Szkół Ogólokstzałcących nr 3 w Rzeszowie i "Wkrętaka" z I Liceum Ogólnokształcącego w Jarosławiu.
W kategorii szkół gimnazjalnych zwyciężyły "Wieści Gimnazjalne" z Publicznego Gimnazjum w Wielopolu Skrzyńskim, w kategorii szkół podstawowych "Kleks" ze Szkoły Podstawowej w Krościenku Wyżnym, zaś w kategorii zespołów szkół "Glos Małolata" z Zespołu Szkół w Rudnej Wielkiej.

Polityka w gazetce szkolnej która bedzie wychodzic co miesiąc!!! Mnie to rozbawiło, jesli chcecie polityki kupcie sobie codziennie Gazete wyborczą albo włączcie TVN 24 oni są chociaż na biezaco. Jeśli chodzi o Gazetke szkolną no coz kojrzy mi sie tylko z jednym nazwiskiem ale mam nadzieje ze taka denna jak w gimnazjum nie bedzie.

PS. Te wasze rozmowy (kuba i agata) takie pod publiczke ze niby tak sie interesujecie polityką czytacie przekrój itd. Kogo to obchodzi!!!!!!Śmieszne!!!

Wydaje mi się, że nie redagujecie tzw. gazetki szkolnej. Nie chodzi mi tu o korytarzowe gazetki, tylko o miesięcznik (półrocznik ?) dla młodzieży Waszej szkoły. Otóż ludzie z mojego gimnazjum składają malutką, kilkustronicową gazetkę, co jakiś czas (ok. 6-7 razy do roku). Sprzedajemy ją za 50 gr, o dziwo wszyscy chętnie ją czytają i SU przez taki myk ma pieniądze na swoje potrzeby. W naszej gazetce umieszczamy różności - poczynając od aktualności (tj. jakie święta, uroczystości, apele, wycieczki na czekają + opisujemy, co już ciekawego sie wydarzyło), poprzez recenzje filmów, książek, konkurów z nagrodami (np. za napisanie opowiadanie na konkurs - 10 zł do wykorzystania w sklepiku szkolnym ), kończąc na różnych śmiesznych tekstach, "sondach szkolnych" etc. Świetnie się to czyta. Może i u Was dałoby się zorganizować kilku redaktorów i jakiegoś chętnego polonistę do korektorowania Waszych błędów? Ja zawsze służę pomocą. Zróbcie taką pozytywną rewolucję w szkole!

Cytat: coś w tym jest - rzeczywiście w krasiniaku powstała swoista zamknięta grupka opiewająca na klasie II HD i IIM, które dostały gazetkę, teatry i wszystko co tylko było do obsadzenia. Mnie tam nie korci, ani nic z tych rzeczy, ale dziwne jest, że np II HB ani II HA nie zostały niczym obsadzone. Czyżby w II HD aż taka śmietanka?

Klasa hd to klasa DZIENNIKARSKA, więc jako przyszli dziennikarze zajmują się gazetką.

tak. u nas inicjatywy szkolne to były częścią planu dyrekcji czy też grona nauczycielskiego co do poszczególnych uczniów bądź klasy. żadnej naszej inicjatywy nie było. my zajmowaliśmy się większością spraw szkolnych i organizatorskich w podstawówce i pierwszej klasie gimnazjum, Wy za to przejęliście pałeczkę w drugiej. w trzeciej podstawówka przejęła wszystko, co było tylko do przejęcia, a nawet nasz samorząd został conajmniej olany i nic nie znaczący.

No nie wiem, jakieś dyskoteki i wycieczki to nasza klasa organizowała. Przynajmniej pod koniec 3 klasy. Góra grosza etc.

Cytat: moze tomy bedziemy pupilkami? albo mia splash albo nie wiem mg? splash

A może hp? Ja tam jestem w mib, będzie zapewne wspaniale, wątpić nie mogę w ogóle.

a co do przecinków... Ty tez zapewne nie zawsze jestes swieta, wiec sie nie czepiaj wesoły w Gazecie Wyborczej juz na peirwszej stronie mozna znaleźć błędy, ktore popelniane sa tak samo w Szaraku. Coz ludzka rzecz popelniac bledy ortograficzne i interpunkcyjne i nie umiec stawiac spacji, tam gdzie trzeba i robic literówki i nie umiec robic polskich znakow na klawiaturze - rutyna w gazetach wesoły [czy ktos popadł w kompleksy? mruga]

Nie jestem z klasy humanistycznej, nie piszę szkolnej gazetki etc. Staram się zwracać uwagę na interpunkcję i literówki, nawet na gg. Wiem, że to ludzka rzecz, ale właśnie nie ma nikogo, kto by to poprawiał. Inne gazety np. FILM są w stanie nad tym panować. W Wyborczej może błędy zdażają się sporadycznie, ale nie można ich znaleźć w co drugim zdaniu.

Ja się cieszyłam na łacinie jak czytałam wywiad z dyrektorem Proponuje następny zrobić z sorką Rybką na przykład.
Co do horoskopu to od niego zaczęłam czytanie gazetki i ma zostać, wcale nie za długi A dobra rada dla wagi bardzo przydatna, dziękuje

Przemkowi o tym że kartek szczepiać nie umie mówiłam... Wonskiemó o tym że jego artykuł zupełnie nie potrzebny mówiłam... [Ale ogólnie ciekawy pomysł, jeśli chodzi o spojrzenie absolwentów na szkołę] Jeszcze nie zdążyłam przeczytać całej, ale podoba mi się, dalej jedziecie z tym! Może czasem coś napisze jak mnie najdzie... w końcu przec całe gimnazjum byłam red. naczelnym w gazetce szkolnej

{'Niepotrzebny' piszemy łącznie, pani Redaktor Poza tym obiecałem Ci przeca, że to mój pierwszy i ostatni 'artykuł', Ad #W.}

[i chwała ci za to! Tak jak tobie nie przeszkadał mat-fiz tak mi nie przeszkadza moja dysortografia ]

[PFF - i tak powiem. / N.]

{Kto powiedział, że mi nie przeszkadzał mat- fiz? #W.}

[tak jest napisane nad twoim 'artykÓłem', widać jak czytasz własne wypociny ]

{Tam również nigdzie nie jest napisane, że ów mat-fiz lubiłem. Poza tym to nie moje słowa, tylko osoby która do owego kącika wprowadza, się skupić trzeba Widać jak czytasz wypociny które krytykujesz #W.}

[nigdzie nie jest napisane, że lubie swoją dysortografie mimo wszystko wypociny twoje i wypociny tej osoby są ze sobą integralne więc krytykuje całość Dobra, peace, i tak Cie lubie ]

{Niestety, Ad, ja Ciebie również A ponieważ krytyki nie lubię- idę spać. Brej nocy! (a mógł być dłuższy ten post) #W.}

[ja sie moge kłócić dalej niedobrej ]

{Niech Cię zjedzą koszmary! Czy cośtam. #W.}

[Karaluchy pod cycuchy a rybki do... czy cośtam]

{...a rybki do akwarium! gdzieżby indziej #W.}

[no oczywiście, a gdzie by miały być. Nie będziesz mieć ostatniego słowa w tym poście ]

- Dzisiaj będziemy pisać wiersze, moi drodzy. - oznajmił nauczyciel fińskiego.
Karolina uderzyła się w czoło z głośnym klaśnięciem. Nie znosiła pisania wierszy, celowała w prozie. Przypomniała sobie reakcję nauczyciela z gimnazjum, który obśmiał jej fraszkę.
- O co chodzi, Karolino? - zainteresował się belfer.
- Musimy pisać te wiersze? - jęknęła.
- Na pewno dasz sobie radę. Taki talent jak ty...
- Uhm, jasne. - mruknęła z powątpiewaniem.
- Będą to wiersze o tematyce miłosnej. - ciągnął nauczyciel. - Możecie je zadedykować swoim lepszym połówkom, jak chcecie. Najlepsze zawisną na gazetce.
Uczniowie zabrali się do pracy. Anja szybko napisała całkiem pokaźne wierszydło, Karolina powoli produkowała wers za wersem. Pod koniec lekcji nauczyciel zebrał kartki.
- Uważnie przyglądajcie się gazetce, może ujrzycie tam swoje dzieła. - uslyszeli na odchodnym uczniowie pierwszej a.
***
Dnia następnego.
- O, wiersze już są! - wykrzyknęła Anja, wskazując na szkolną gazetkę.
- Och, leute, co tu robi moje szmatławstwo? - zainteresowała się Karcia.
- Widocznie było dobre.
- Tralalala, Sobieski pod Wiedniem siedzi. Jasne.
- Popatrz na dziełka Arttu i Peksiego, no no no...
Usłyszały donośny gwizd. Za nimi stał Janne Happonen i uśmiechał się złośliwie.
- Ależ macie romantycznych chłopaków.
- To idź i im to powiedz. Co za loser. - dodała ciszej.
- Chłopaki, gratuluję romantyzmu!!! Jesteście boscy!!! - wrzasnął Havu.
- To naprawdę loser. - mruknęła Karolina.
- ... Nigdy nie widziałem takich talentów....
- Havu to loser..
- ...Miejmy nadzieję. że napiszecie drugą Kalevalę!!!
- To jednak jest loser. - stwierdziła Karolina i poszła sobie., zostawiając nieco speszonych chłoopaków. Anja podążyła za nią.

Ja pracowałam w gimnazjum w redakcji "Bez Cenzury", która to gazetka umarła po jednym numerze ze względu na skandal wywołany moim artykułem. Ośmieliłam się wyrazić niezadowolenie z powodu tego, że na dyskotece szkolnej katechetka i dwie inne nauczycielki ostentacyjnie otwierały drzwi sali na oścież i gapiły się na ludzi, ilekroć poleciał wolny kawałek. Dywanik w dyrekcji był przezabawnym przeżyciem i do dziś uważam "władcę" naszej szkoły za skończonego kretyna, ale przynajmniej śmiesznego.
W liceum pisałam w "Absolwencie", gazetce bardzo wyzwolonej jak na szkolną (spójrzmy chociażby na sam tytuł). Poziom pisma też był wysoki i mam nadzieję, że nadal taki jest.
Na studiach już się w pseudodziennikarstwo nie bawię, bo uniwersyteckie gazetki są do użygu nudne i używane są głównie do podkładania sobie pod tyłek, by nie dostać wilka od zimnej posadzki. A kijem Wisły nie zawrócę, więc za reformę studenckich gazetek nie planuję się brać.

Co do rankingu najpopularniejszych czasopism, to we wczesnej podstawówce zaczytywałam się w Kaczorze Donaldzie, równolegle i później w Bravo (ale wierzcie mi, ta gazeta w połowie lat dziewięćdziesiątych nie była jeszcze taką... prostytutką). Do dziś mam kilka numerów z lat 1993, 1995 i 1996 na pamiątkę :)
W gimnazjum czytałam trochę Twista, ale szybko okazało się, że wszystkie materiały się w nim co jakiś czas powtarzają. Początek liceum to Cosmopolitan pod ławką. Nie zapomnę, jak nauczyciel WOSu przyłapał moją koleżankę na czytaniu tego cuda, skonfiskował gazetę, a następnie na głos przeczytał cały artykuł o tym, jak doprowadzić faceta do orgazmu na tysiąc i jeden sposobów (czy jakoś tak).

Za czasów LO w "Absolwencie" pisałam razem z Hagath, nie będę pisać, jak jest tam wspominana, bo będzie, że się podlizuję ;p Może się sama kiedyś dowie xD W każdym razie jej felietony wspomina się z sentymentem do dziś.
Przez ponad dwa lata byłam nawet naczelną tego pisemka, poziom trzyma całkiem niezły, choć ostatni numer wypadł nieco bardziej blado (ale powstawał w momencie sporych zmian personalnych) na tle poprzednich, ale i tak jest nieźle jak na gazetkę szkolną.

W gimnazjum do redakcji gazetki szkolnej chciałam się załapać, ale powiedziano mi, że nabór się zakończył (w dniu rozpoczęcia) i nigdy nie dano mi spróbować, Numery ukazały się chyba dwa, z czego każdy wyglądał następująco: strona zdjęć (rozpoczęcie roku i coś równie ambitnego), strona mini-ściąg (ozdobną, wielką czcionką, żeby zajęło więcej miejsca), strona krzyżówki, strona pozdrowień (80-90% były to pozdrowienia redaktorek dla innych redaktorek). Cieszę się, że ręki do tego nie przyłożyłam...

Sporadycznie czytuję Cogito, ale nie mam nabożeństwa do regularnego kupowania prasy. Bravo - miałam pewnie kilkanaście numerów, niektóre kupione dla plakatów (choć dawno już zdartych ze ścian), inne tylko w celu masochistycznym - czytałam z kumplami listy do redakcji. Kumpli cieszyło to bardziej niż mnie, ale i tak sporo śmiechu było. Za młodu czytałam 13-tkę, ale jeśli się nie mylę, nie miałam wtedy nawet trzynastu lat, potem poziom pisma spadł na pysk i nie szło już go przetrawić, więc przestałam kupować. W gimnazjum dość wiernie czytałam Kawaii, swego czasu nawet prenumerowałam, ale radykalne zmiany wprowadzone w pewnym momencie zniechęciły mnie skutecznie. CD-Action - zdarzyło mi się parę numerów, kiedy dołączano je jako gratis w jednym ze sklepów wysyłkowych.

Pomijając powyższe miewam niezwykle rzadki kontakt z Cosmopolitan czy Glamour, w postaci numeru, dwóch na rok i w miarę regularny z Panią Domu i Życiem na gorąco - jak ktoś z rodziny kupuje, to kartkuję, choć z poziomem bywa różnie. Na tej samej zasadzie, ale rzadziej - Claudia i Gala. Ogólnie rzecz biorąc prasa kobieca traktuje wszędzie o tym samym, różni się tylko tym, że w jednych tytułach dział seksu zajmuje pół strony, a w innych pół pisma. Reszta leci według stałego schematu. Pism komputerowych nie rozróżniam, nudzą mnie - wszystkie jak leci - nieziemsko.

To się naprodukowałam na temat gazet xD
A co czyta dzisiejsza młodzież? No cóż - szkoda słów ^^

A no zrobiłam. Opiszę dokładniej (zedytuję tego posta) po zbiórce jak zobacze ile ludu przyszło. jak duzo, to będę pomysły moje promować

(6.03.2008)
Akcja (w gimnazjum)wyglądała tak:
dzień 1 - gazetka wszędzie w szkole. Zawierająca dziwne, smieszne, szokujące, intrygujące, ciekawe rzeczy. Oczywiście z tzw. "przekazami podprogowymi" i nie mówiąca nic o tym, ze mają do czynienia z harcerzami (jak ktoś chce to moge przesłać, mam w wordzie). Jako że w owej szkole gazetka nie wychodzi, była to rzecz nowa i ciekawa a więc dośc popularna i intrygująca.
dzień 2 - gra szkolna, czyli zawieszone w szkole 2 plakaty z tekstem:
"Poszukiwany/a
kobieta
pracowanik szkoły
lubi książki
Posiada ona cenne informacje. Aby je otrzymać musisz podac jej hasło. Rozszyfruj je i znajdź kogo trzeba. Do dzieła!" (nie pamiętam dokładnie, ale coż w tym stylu)
Obok plakatów stał ktoś, kto na przerwach rozdawał hasła zapisane alfabetem Morse'a, oczywiście zawierające słowa z przekazem podprogowym (typu "wyruszam", "gotowy", "przyjaciel"). Alfabet był zawieszony w kilku miejscach w szkole i był we wcześniejszej gazetce (niektórzy o tym pamiętali!A nawet mieli gazetkę ze sobą). Zainteresowanie było duże. Rozdalismy prawie 120 haseł, z czego, wiadomo, niektóre w dziwny sposób poznikały, poginęły, porozdzierały się itp. niektórzy zdobywali po kilka (napaleńcy!). Do naszego zaprzyjaźnionego pracownika szkoły [!!ogromne podziękowania!!] dotarło ponad 40 osób, w każdym razie mniej więcej tyle zostało rozdanych "zaproszeń", w których zawierał się tekst: "Gratulacje! Przeszedłeś pierwszy etap gry! następny już w czwartek o 16:16 pod szkołą. Czekamy na Ciebie!" Zainteresowanie było spore.
I teraz wyniki - na zbiórkę przyszło 6 osób (w tym 5 chłopaków).
Według mnie pośrednim powodem takiego stanu rzeczy było to, że akcja odbywała się we wtorek i środę, a zbiórka była w czwartek i nie było im jak o tym przypomnieć, bo akurat mieli rekolekcje... mozliwe, ze niektórzy mogli zapomnieć lub po prostu miec już inne zajęcia.
Zobaczymy co będzie dalej juz planuje kolejne kroki na przyszły tydzień

A wogóle to stwierdzam, że gimnazjaliste mozna zainteresować tym, ze cos nowego, innego, ciekawego dzieje się w szkole. U mnie to była gazetka i gra. Miał byc tez radiowęzeł, ale nie wypaliło. To taki mały wniosek.

Kotek dnia Czw Mar 06, 2008 9:27 pm, w całości zmieniany 1 raz

20.03.2009r., Echo Dnia

Nowe pismo radomskiej młodzieży
Ewelina Witkowska

Ruszył kolejny projekt Stowarzyszenia Centrum Młodzieży "Arka". Formacja Radomskiej Młodzieży Twórczej stworzyła projekt dziennikarski 3xM. Efekt już jest. Pierwszy numer dwumiesięcznika o tej samej nazwie już się ukazał.

Dzięki inicjatywie młodzież może wyrażać swoje poglądy i dzielić się nimi na łamach gazety 3xM. Projekt ma na celu przede wszystkim pomoc młodym ludziom w nabywaniu nowych doświadczeń podczas szkoleń dziennikarskich i ukazanie ich aktywności w Radomiu.

WARSZTATY DZIENNIKARSKIE

W ramach projektu dla uczniów liceów, techników i gimnazjów przygotowane zostały warsztaty w trzech blokach tema-tycznych: prasowym, radiowym i telewizyjnym.

- To zajęcia do wszystkich chętnych, szczególnie uczniów prowadzących szkolne gazetki, interesujących się mediami, pragnących rozwijać zainteresowania dziennikarstwem, kulturą oraz sprawami miasta i regionu - mówi Damian Maciąg ze Stowarzyszenia Centrum Młodzieży Arka w Radomiu.

- Młodzież może zaznajomić się z pracą: dziennikarza, fotografa, grafika, prezentera, reportera, realizatora czy operatora- mówi Damian Maciąg. - Przeprowadzimy też trzy panele dyskusyjne, gdzie będzie można porozmawiać na wszystkie interesujące nas tematy.

DWUMIESIĘCZNIK 3xM

W związku z projektem wydany został już pierwszy numer dwumiesięcznika 3xM, którego redaktorem naczelnym jest Damian Maciąg.

- Nasze Pismo Młodych Radomian 3xM czyli Młodość, Media, Możliwości to pierwszy efekt pracy na naszych warsztatach - dodaje Damian.
- Później wydamy kolejne numery, przygotujemy audycje radiowe i programy telewizyjne.

Projekt dostał maksymalne dofinansowanie w wysokości 4500 złotych w ramach programu "Make a connection - przyłącz się” organizowanego przez Polską Fundację dzieci i Młodzieży oraz firmę Nokia.

Gazetkę można dostać w 40 szkołach, Teatrze Powszechnym, Empiku i kinie Helios.

WAŻNE

Zgłoszenia (imię, nazwisko, wiek, klasa, nazwa szkoły) można kierować na adres: warsztaty.dziennikarskie@wp.pl.
Spotkania, które poprowadzą profesjonalni dziennikarze i pracownicy redakcji, przeprowadzone zostaną w siedzibie radomskiego Teatru Powszechnego przy placu Jagiellońskim.
W zajęciach mogą uczestniczyć także nauczyciele, opiekunowie szkolnych redakcji.

Źródło: http://www.echodnia.eu/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090320/POWIAT0206/634650651

Uważam że temat jest tak żałosny że aż śmieszny ...

"Gazeta Wyborcza" dowiedziała się, za co będą na lekcjach religii oceniani uczniowie. I co muszą zrobić, jeśli na tym przedmiocie chcą podreperować sobie średnią na świadectwie. Bo od tego roku szkolnego ocena z religii jest do średniej wliczana.

Dokument dla katechetów z kryteriami ocen z religii właśnie opracowuje komisja ds. wychowania katolickiego Episkopatu. Nie ma ich jeszcze nawet na stronie internetowej Episkopatu, nie znają ich katecheci.

Według gazety, na szóstkę w podstawówce trzeba nie tylko wykazać się wiedzą, ale także zaangażowaniem w modlitwę oraz w przygotowanie i przeprowadzenie uroczystości szkolnych o charakterze religijnym. Uczeń musi też rozszerzać wiadomości poprzez uczestnictwo w Kółku Biblijnym i brać udział w konkursach religijnych. Na piątkę wystarczy zaangażowanie w modlitwę.

W gimnazjum uczeń dostanie celujący, jeśli będzie się angażować w prace pozalekcyjne, np. gazetki religijne, montaże sceniczne, pomoce katechetyczne, będzie brał udział w konkursach religijnych i uczestniczył w wycieczkach przedmiotowych. Na bardzo dobry musi tylko angażować się w prace pozalekcyjne. Jak oceniać religię w liceum? Komisja jeszcze nad tym pracuje.

Jak dotąd katecheci mieli korzystać ze wskazówek tej samej komisji sprzed trzech lat. Były one znacznie bardziej nastawione na sprawdzanie gorliwości religijnej. Żeby dostać szóstkę, na wszystkich poziomach edukacji trzeba było aktywnie uczestniczyć w służbie ołtarza albo oazie. A na bardzo dobry chętnie uczestniczyć w życiu parafii (liturgia, rekolekcje).

- Teraz musimy być wrażliwsi na sformułowania. Szukamy sposobu, żeby nikogo nie skrzywdzić i nie urazić, ale osiągnąć cel - tłumaczy ks.Tadeusz Panuś z komisji ds. wychowania i współautor kryteriów. A jaki jest cel? - pyta "GW". - Katechizować tych, którzy są zainteresowani pogłębieniem swojej wiary. Ewangelizować tych, którzy nie znają Chrystusa. A tym, którzy nie znają wiary, pomóc, żeby wzrastali w pięknym człowieczeństwie - mówi ks. Panuś.

Tymczasem SLD poszedł do Trybunału Konstytucyjnego. Za naruszenie konstytucyjnych zasad rozdziału Kościoła od państwa, równości wobec prawa oraz prawa rodziców do swobodnego wychowywania dziecka wedle własnego sumienia Sojusz zaskarżył rozporządzenie o wliczaniu oceny z religii do średniej - czytamy w "Gazecie Wyborczej".

(PAP)

największa obłuda zaś jest z przedmiotem o tajemniczej nazwie "etyka" ... który tak na prawdę nie istnieje ...

aha... niniejszym pozdrawiam wszystkich wyjeżdżających z Polski w najbliższym czasie ...

z mojego gimnazjum
w szkolnej gazetce był wywiad i artykuł o facecie od fizyki, lekcja fizyki,
klasa oglada wyzej wspomniana gazetke, strona otwarta na zdjeciu nauczyciela, facet ja zabiera mówiąc: Obejrzymy sobie później

XLIII LO

ZSO nr 5

93-319 Łódź, ul. Królewska 13/15

tel. 640 34 41

e-mail: zso5_lodz@edu.apple.pl

www.edu.apple.pl/zso5lodz

W szkole są klasy z następującymi przedmiotami rozszerzonymi: matematyką, fizyką i geografią (języki angielski i niemiecki); polskim, historią i WOS-em (języki angielski i niemiecki); polskim, biologią i WOS-em (języki angielski i rosyjski); WOS-em, geografią i językiem francuskim (języki angielski i francuski).

Języki obce: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski.

Komunikacja. W pobliżu liceum zatrzymują się tramwaje linii: 5, 6, 15 i autobusy 52, 62, 68, 70, 75

Liczba uczniów w szkole: 379

Średnia liczba uczniów w klasie: 27

Lekcje zaczynają się o 8, a kończą o 15.20

Kontynuuje naukę na studiach dziennych w uczelniach państwowych 88 osób ze 138 ubiegłorocznych absolwentów.

Jak wypadła ubiegłoroczna matura? Uczniowie zdobyli średnio:

* język polski - 32,86 pkt (poziom podstawowy) oraz 20,04 pkt (poziom rozszerzony)

* język angielski - 35,55 i 22,21

* matematyka - 28,4 i 11,9

* historia - 61,94 i 20, 44

* biologia - 22,47 i 17,36

* geografia -29 i 22,18

Imprezy cykliczne: Europejski Dzień Języków Obcych - impreza międzyszkolna dla liceów i gimnazjów, Pierwszy Dzień Wiosny - przedstawienie swoich zainteresowań i hobby przez poszczególne klasy, zbiórka maskotek dla dzieci z biednych rodzin, sympozjum fizyczne - przygotowane przy udziale fizyków z UŁ, Ogólnopolski Turniej Edukacji Drogowej dla szkół podstawowych.

Zajęcia pozalekcyjne: bezpłatne zajęcia przygotowujące do matury, koła przedmiotowe: fizyczne, matematyczne, informatyczne, polonistyczne, języka angielskiego, biologiczne, historyczne; koła zainteresowań: dziennikarskie (gazetka szkolna „STOP”), teatralne, muzyczne; Towarzystwo Przyjaciół Łodzi, zajęcia sportowe, SKS, aerobik, dwie drużyny harcerskie.

Liceum ma 43 komputery i 2 pracownie informatyczne

Obiekty sportowe: sala gimnastyczna, boisko do piłki nożnej i siatkówki, skocznia w dal, sala do aerobiku, siłownia, uczniowie korzystają z basenu w SP nr 190 (klasy sportowe bezpłatnie)

Szkoła chwali się:

* brakiem wypadków uczniowskich, agresji i przemocy

* dobrymi warunkami do rozwoju zainteresowań i uzdolnień uczniów

* wysokim wynikiem zdawalności matur (95,7 proc.)

Stołówki nie ma, ale jest bufet z ciepłymi posiłkami

Opieka medyczna: pielęgniarka codziennie

Źródło: gazeta.pl

Już wyszedł! Moja krótka recenzja. Przeczytałem cało?ć co specjalnym wynikiem nie jest. Pismo wygł?da jak reklama GF, na tyle reklama ich na cał? strone, na pierwszej stronie już dwa teksty na ich temat. Jeden dotyczy otwarcia "sklepu patronackiego", drugi marki GFC. Nic specjalnego, do tego troche newsów z wmasg. Zawarto?ć? Nędza z bied? Panowie. Pełno błędów. Po kolei. Panowie z redakcji wymy?lili now? jednostkę miary w postaci "dżoula". Kij wie co to jest i co to reprezentuję, ale usilnie podaj? t? enigmatyczn? jednostkę miary, ciekaw jestem co ona wła?ciwie reprezentuję. Ot, to również nagle MP5 CA dostała GBv3 w ?rodek zamiast 2. A to autor tekstu na temat Glock'a cymy twierdzi, ze "podejrzewamy, że w Chinach maj? obowi?zek pisania bzdur na obudowach tanich replik", tyczy się to stwierdzenie napisu "made in china". Twierdzi on również, że zamontuje sobie kolimator do szyny w Glocku owym. Pewnie zamontuję, ale celować będzie trudno. W tej tonie bzdur wyróżnia się jeden tekst, Pana Rogacewicza na temat MOSS 25. Aż z przyjemno?ci? przeczytałem. Ale za dużo profesjonalizmów, ale da się to wybaczyć. W końcu to prasa fachowa. Stwierdzam za to, że Panowie nie potrafi? napisać recenzji. Wszystkie 3 recenzje, 3 róznych gnatów, nie maj? tego co mogło by zainteresować kogo? takiego jak ja. Dotyczy to bebechów replik. Żaden z recenzentów się nie pokusił o rozebranie swoich zabaweczek i przedstawienie ich wewn?trz. Same ogólniki, generalnie superlatywy. Najbardziej mnie rozbawiło zdanie przy recenzji SCAR'a: "Przy zakupie repliki dostajemy praktycznie wszystko, co jest nam niezbędne, by zacz?ć zabawę, w przeciwieństwo do produktów niektórych topowych producentów". Jest to prawda, ale napisana w tak perioratywnym znaczeniu, że aż się ?miać chce. Dotego, warto wzrócić uwagę na poucinane teksty w ramce przy omawianiu SCAR'a i perfidnie nałożony Eotech, odrazu z odno?nikiem i cen? do GF. Do tego przy recenzjach jakie? plusy i minusy, jak w gazetach komputerowych i oceny. Ciekawy kiedy będzie spór na temat skali tych ocen. :S % czy punkty? 100 czy 10? Smaczku dodaje quasi-felieton na końcu. Jak każde przyzwoite pismo Panowie też chcieli mieć taki k?cik. Ale felietoniste to trzeba mieć podrz?dnego. Nie zgadniecie czego traktował. Gier komputerowych i tego jak fajnie pograć jak strzelanka nie wyjdzie. Ręce mi opadły. Po tym w 100% wiedziałem do kogo jest adresowana gazetka. Może zamiast dystrubować je do sklepów powinni?cie je wrzucić do sklepików szkolnych w gimnazjach? Pismo pisane przez laików dla laików, liczba błedów merytorycznych, stylistycznych i samego DTP jest przerażaj?ca. Rozumiem, że to pocz?tku, ale nie najlepszy to był start. Czekam na numer 2gi.

A Wy? Czytali?cie już?

Nie spotkałam się chyba jeszcze z aż taką nietolerancją, żeby ktoś mnie wyśmiewał, z powodu moich zainteresowań. I

a ja to co? :D młodsi chłopcy, incest - fuuj XD :D

tak ogólnie mówiąc to jakoś nigdy nie miałem problemów - jak byłem w 3 klasie gimnazjum (6 lat temu już) nawet w gazetce szkolnej prowadziłem kącik 'Manga i anime' - pani nauczycielka redaktorka bardzo chętnie i szybko zaaprobowała ten pomysł i tak przez rok cały miesiąc w miesiąc nowe informacje (głównie było to kalendarium - czyli jakie mangi wychodzą, czy coś mangowego na naszym rynku się pojawia - czasy Beyblade, Dragon Ball.... miło wspominam) - mam jeszcze te gazetki szkolne z moimi artykułami :D

w liceum - jakoś się z tym nie afiszowałem ale i tak cała klasa wiedziała - byłem w klasie all-male i naprawdę różne typy były - cfaniaki, pakerzy, metale, żarówa, wyśmiewacze itp itd. ale jakoś nikt nigdy nie robił przycinek odnośnie mojego hobby - ba, nawet parę osób obejrzało kilka anime dzięki mnie

na studiach - tutaj wcale nie robię tajemnicy z tego co lubię - co prawda zmieniły mi się trochę upodobania i jednak częściej sięgam po filmy Disney'a niż po anime - jednak mangę dalej czytam i czytał będę

na zajęciach plastycznych - gdy zacząłem zajęcia u p. Teresy Skrockiej (malarka!! zapraszam na jej STRONĘ ) nie wiedziała ona czym jest manga/anime - już trzeci rok będzie jak tam chodzę i p. Teresa wie co to jest (dzięki mnie, Movi, Mao i innym - Ewka pozdrawiam cię!). W każdymbądź razie przez zajęcia z p. Teresą moja kreska zatraciła swój mangowy styl - i teraz bardziej idzie w kierunku amerykańskiego Disney'a (chociaż jakby się na siłę uparł to mangowość jest tam widoczna :D) - ale nie żałuję - wolę rysować bardziej Disneyowsko i dobrze, niż mangowo i brzydko

odnośnie moich znajomych - niektórzy nie przepadają za mangą/anime - ale np. trzech z nich (tych co z mangą/anime są raczej przez płot) gra w 'Yu-Gi-Oh!' - mimo wszystko jesteśmy raczej dorośli i każdy szanuje hobby innych

tak więc... uważam, że trafiałem na naprawdę dojrzałych ludzi w swoim życiu którzy mimo niewielu lat (nie wszycy oczywiście - np. pani redaktor była osobą starszą czy chociażby p. Teresa :D) potrafili 'zachować się' i poszanować pasje innych

a jeśli ktoś kiedyś mówił, że moja pasja jest dziecinna czy bzdurna...
I don't care i mam to gdzieś - raczej ważniejsze jest to co ja o tym sądzę a nie ktoś przypadkowo spotkany gdzieś

Literowki
~powel19



Wymodlić sobie szóstkęAleksandra Pezda

Ocenę celującą i bardzo dobrą z religii dostanie uczeń, który jest "zaangażowany w modlitwę"
"Gazeta" dowiedziała się, za co będą na lekcjach religii oceniani uczniowie. I co muszą zrobić, jeśli na tym przedmiocie chcą podreperować sobie średnią na świadectwie. A od tego roku szkolnego ocena z religii jest do średniej wliczana.

Dokument dla katechetów z kryteriami ocen z religii właśnie opracowuje komisja ds. wychowania katolickiego Episkopatu. Nie ma ich jeszcze nawet na stronie internetowej Episkopatu, nie znają ich katecheci.

I tak na szóstkę w podstawówce trzeba nie tylko wykazać się wiedzą, ale także "zaangażowaniem w modlitwę" oraz "w przygotowanie i przeprowadzenie uroczystości szkolnych o charakterze religijnym". Uczeń musi też "rozszerzać wiadomości poprzez uczestnictwo w Kółku Biblijnym" i brać udział w konkursach religijnych. Na piątkę wystarczy "zaangażowanie w modlitwę".

W gimnazjum uczeń dostanie celujący, jeśli będzie się "angażować w prace pozalekcyjne, np. gazetki religijne, montaże sceniczne, pomoce katechetyczne", będzie brał udział w konkursach religijnych i uczestniczył w wycieczkach przedmiotowych. Na bardzo dobry musi tylko "angażować się w prace pozalekcyjne".

Jak oceniać religię w liceum? Komisja jeszcze nad tym pracuje.

Jak dotąd katecheci mieli korzystać ze wskazówek tej samej komisji sprzed trzech lat. Były one znacznie bardziej nastawione na sprawdzanie gorliwości religijnej. Żeby dostać szóstkę, na wszystkich poziomach edukacji trzeba było "aktywnie uczestniczyć w służbie ołtarza albo oazie". A na bardzo dobry "chętnie uczestniczyć w życiu parafii (liturgia, rekolekcje)".

- Teraz musimy być wrażliwsi na sformułowania. Szukamy sposobu, żeby nikogo nie skrzywdzić i nie urazić, ale osiągnąć cel - tłumaczy ks.Tadeusz Panuś z komisji ds. wychowania i współautor kryteriów.

A jaki jest cel?

- Katechizować tych, którzy są zainteresowani pogłębieniem swojej wiary. Ewangelizować tych, którzy nie znają Chrystusa. A tym, którzy nie znają wiary, pomóc, żeby wzrastali w pięknym człowieczeństwie - mówi ks. Panuś.

Tymczasem SLD poszedł do Trybunału Konstytucyjnego. Za naruszenie konstytucyjnych zasad rozdziału Kościoła od państwa, równości wobec prawa oraz prawa rodziców do swobodnego wychowywania dziecka wedle własnego sumienia Sojusz zaskarżył rozporządzenie o wliczaniu oceny z religii do średniej.

Krystyna Łybacka, była minister edukacji: - Stopień z religii nie jest oceną z wiedzy, ale z pobożności.
MEN nie chce tego komentować. - Nie chcemy wywoływać niepotrzebnych emocji. Poczekamy na rozstrzygnięcie Trybunału - mówi Aneta Woźniak, rzeczniczka MEN.

Już raz minister edukacji Ryszard Legutko się wychylił. Tuż przed początkiem roku szkolnego wspomniał, że zastanawia się, czy wliczanie oceny z religii do średniej jest właściwe. Został zrugany przez biskupów, przywołany do porządku przez premiera i wycofał się ze swych wątpliwości.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Amen

Kurna, że nie mogę wysłać dzieci na jakąś etykę.

Jak to jest z tą młodzieżą? Dookoła słyszy się narzekania na młodzież, której nic się nie chce, która tylko by piła, paliła etc. Gdy tymczasem młodzieży coś się chce, to nie dość, że nikt się tym nie interesuje, nikt nie pomaga, to na dodatek osoby działające, że się tak wyrażę, "gnoi się". Mam 15 lat, chodzę do gimnazjum nr 1 i chcę opisać dwie sytuacje.

1. Gazetka szkolna "Gimnazjon"
Wraz z kolegami działamy w szkolnej gazetce, którą, nawiasem mówiąc, robimy samodzielnie od podstaw. Skonstruowaliśmy szatę graficzną, piszemy artykuły, ostatnio usiłowaliśmy utworzyć stoisko na GIM-PIKu. Usiłowaliśmy. Okazało się bowiem, że dla każdej grupy chcącej zaprezentować coś na GIM-Piku zostało przyznane miejsce, namiot. My natomiast, przy nikłym zaangażowaniu naszych opiekunów, zostaliśmy zignorowani. Własnymi siłamizmontowaliśmy żałosne "stoisko" - złożone ono było z ławki, folii i sznurka, na którym owa folia się opierała. Zostaliśmy wciśnięci pomiędzy dwa inne namioty, i to tak, że kompletnie nie było nas widać. Ba, był to szary koniec placu, nikt tam nie zaglądał. Efekt? ^ gazetek sprzedanych. Na 50. Inna sprawa, że nawet w przypadku zwykłej dystrybucji w szkole mamy problemy. Głównym jest fakt, że nauczyciele nie mogą ścierpieć, gdy "kujonów" nie ma na lekcjach, tylko składają gazetkę. Jest to gorsze przestępstwo niż np. wagarowanie, palenie, picie. Przez tego rodzaju właśnie naciski nasz ostatni numer czekał z publikacją pół roku...

2. Kabaret ONI
Założyliśmy kabaret. Rozpoczęliśmy naszą "karierę" od występu w zeszłorocznym GIM-PIKu. Było to coś nowego, oryginalnego, w odróżnieniu od zespołów tanecznych, które od zawsze były dominującymi "instytucjami" w szkole. Dlatego też myśleliśmy, że zostaniemy zauważeni, któryś z nauczycieli zostanie naszym opiekunem, będziemy występowali gdzieś dalej. Tak się nie stało. Dlaczego? Bo nasza inicjatywa była nowa. Powołana przez uczniów, i to takich, kórych rodzicem nie jest nikt z nauczycieli uczących w szkole. Nauczyciele nie zainteresowali się tym, pozostali przy zespole POWER DANCE :):). Bo to była inicjatywa uczniowska, uczniów, a więc istot gorszych, głupszych, skazanych z góry na porażkę. Gdyby jakiś nauczyciel wpadła na pomysł: "Założę kabaret!" i wywiesił ogłoszenieo naborze, to byłoby o tym głośno. A tak? No cóż...
Mimo to na tegoroczny GIM-PIK przygotowaliśmy większy, bogatszy, śmieszniejszy program. Nastąpiły jednak (z niewiadomych względów) pewne opóźnienia. Trzeba było jakoś program skrócić. Nie skrócono wystąpienia Koła Gospodyń Wiejskich z Wierzbca. Nie ograniczono występów cheerleaderek z 3 do 1. Zrobiono inaczej, prościej. Wywalono z programu na pewno ciekawszy od wyżej wymienionych pseudoatrakcji kabaret, który nie posiadał żadnego dorosłego poplecznika. Nikogo nie obchodziło ile mieliśmy prób, przygotowań, ile tekstu własnego autorstwa do nauczenia na pamięć. I tu dochodzę do konkluzji: inicjatywy młodzieży zwyczajnie nikogo nie obchodzą, choć wielu ludzi twierdzi, że ich obchodzi, że popierają. Więc po co się angażować? Staciłem chęć do udzielania się w czymkolwiek. Winę ponoszą nauczyciele, których nic nie obchodzi, poza ich własnym superego.

SKOMENTUJCIE TO!!!!!!!

nie chce mi sie tego wszystkiego wyzej czytac bo wiekszosc to odnosze wrazenie nie ma za wiele w spolnego z tematem, wiec moze przedstawie wlasne przemyslenia nt. gazetki.

Gazetke tego typu mozna wydawac i jeszcze na niej zarobic(i dlatego nie potrzebne sa pieniadze na wydawanie tejze), nie jest to trudne. pierwsze co nalezy zrobic to dogadac sie z rzeczpospolita lub inna duza gazeta (wiem ze z rzeczpospolita daje sie to zrobic nie wiem jak z innymi), ze w zamian za to ze ufunduja nam papier i uzycza ksera formatu A3 poswiecimy 1/3okladki na napis "dziekujemy Rzeczpospolitej za pomoc przy wydaniu gazetki" i ich logo. kolejna rzecza jest oplata dla tworcow tekstow. w zaleznosci od tego jaki bedzie naklad. mozna im np. placic polowe tego co "zarobil" tekst przez nich napisany. czyli np. jesli mamy 20 stronicowa gazetke ktorej sprzedalismy 200egzemplarzy kazdy po 1pln. to kazda strona zarobila 200*1PLN/20=10pln czyli autor strony tekstu dostanie cale 5pln za ktore moze sobie kupic 2,5hamburgera w macdonaldzie. placenie za artykuly nawet tak "smiesznych" pieniedzy jest o tyle istotne, ze ludzie ktorzy beda pisac artykuly beda do tego podchodzic w zupelnie inny sposob bo bedzie to pewien rodzaj "nagrody" za ich prace/docenienia tego ze cos napisali. duzo trudniej jest znalezc kogos kto z wlasnej nie przymuszonej woli napisze cos w ramach wolontariatu.

kolejna rzecz, skladanie tekstu...tu sie pojawia troche wiekszy problem bo nalezy zdobyc orginalna wersje(zeby nie bylo problemow natury prawnej) jakiegos programu do skladania. kiedys sie bawilem quarkiem, ale w zbyt malym stopniu, zeby moc sie tym zajmowac na szersza skale. najlepiej by bylo zeby znalezc osobe na wydziale ktora robila kiedys jakas gazetke szkolna albo cos podobnego(wbrew pozorom niektore gazetki szkolne nawet w gimnazjach skladane sa w "profesjonalnych" programach) lub poprostu wybrac kogos dac mu instrukcje i niech sie uczy

dalej jedziemy do gazety z ktora sie umowilismy i kserujemy nasza "gazetke". niestety jesli chcemy zeby nic nas to nie kosztowalo, to otrzymamy ja w postaci rozlozonej(tzn. kazda strona osobno). nalezy wiec zebrac sie cala redakcja i poskladac strony w calosc, zgiac i mamy gazetke gotowa do sprzedazy.

i tu przychodzi wbrew pozorom jeden z najwazniejszych elementow dotyczacych naszej gazetki-sprzedaz. nalezy wybrac z redakcji 3-4 osoby ktore sa wstanie w jak najkrotszym czasie sciagnac na siebie(i co wazniejsze na gazetke) uwage jak najwiekszej liczby osob
pozniej wybrac pore w ktorej na wydziale bedzie jak najwieksza liczba osob i zaczac sprzedaz(np. na schodach w czasie kiedy koncza grupy ktore maja cwiczenia od 8 a zaczynaja te grupy ktore zaczynaja pozniej). wazne jest aby sprzedac w ciagu jednej przerwy miedzy wykladami/cwiczeniami jak najwiecej egzemplarzy bo istnieje spora szansa na to ze podczas ich trwania jeden egzemplarz moze zostac przeczytany przez wieksza liczbe osob a nie tylko przez tego kto nasza gazetke zakupil co moze prowadzic do spadku ilosci potencjalnych klientow.

jestem przekonany ze 200-250 egzemplarzy po zlotowce za sztuke da sie na naszym wydziale raz na miesiac sprzedac i w ten sposob wyjdziemy na ok. 100pln do podzialu miedzy ludzi bedacych w redakcji. warto gazetke sprzedawac bo kiedy bylaby ona za darmo rozdawana to wiekszosc osob nie zwroci na nia nawet uwagi i wywali jak ulotke do kosza.

koniec czesci pierwszej. jak ktos wykaze jakies wieksze zainteresowanie to moge porzucac jeszcze innymi pomyslami.

PULPITACJE 2006
Regulamin I Powiatowego Konkursu Gazetek Szkolnych

Cele konkursu:
· Rozwijanie zainteresowań dziennikarskich młodzieży szkół gimnazjalnych;
· Kształtowanie aktywnych postaw społecznych.

Organizatorzy:
· Organizatorem konkursu jest kółko dziennikarskie Monitor działające w Gimnazjum nr 1 w Żurominie.

Adresat:
· W konkursie mogą brać udział redakcje gazetek szkolnych gimnazjów powiatu żuromińskiego;
· W konkursie nie może uczestniczyć gazetka redagowana przez organizatora konkursu.

Terminarz:
· 1 marca – rozpoczęcie konkursu
· 31 marca – potwierdzenie zgłoszenia do konkursu (przysłanie zgłoszeń);
· 31 maja – termin nadesłania prac konkursowych (dwa numery szkolnych gazetek, które powstały w II semestrze roku szkolnego 2005/2006 w trzech egzemplarzach każdy);
· 31 maja – 15 czerwca ocena prac konkursowych;
· 20 czerwca – uroczystość wręczenia nagród.

Kryteria oceny:
· Prace konkursowe – dwa aktualne (tj. zredagowane w II semestrze roku szkolnego 2005/2006) numery szkolnej gazetki przysłane w trzech egzemplarzach w terminie do 31 maja (decyduje data stempla pocztowego) ocenia powołane przez organizatora jury.
· Obowiązują następujące kryteria:
1. atrakcyjność i aktualność podejmowanych tematów;
2. różnorodność form dziennikarskich;
3. poziom graficzny gazetki;
4. poprawność językowa oraz jakość korekty;
5. samodzielność myślenia i dojrzałość społeczna autorów.
· Każde kryterium oceniane jest w skali 1-10 przez trzech niezależnych członków komisji sędziowskiej.

Nagrody:
· Nagrody rzeczowe otrzymuje redakcja, która zajęła I miejsce;
· Zdobywcy miejsc 1-3 otrzymują dyplomy;
· Opiekunowie gazet otrzymują dyplomy uznania;
· Przyznane zostaną również trzy wyróżnienia indywidualne dla autorów najlepszych artykułów (w tym celu redakcje zobowiązane są podać imiona i nazwiska uczestników podpisujących się pseudonimami);
· Ponadto przedstawiciele wszystkich redakcji biorących udział w konkursie będą mogli wziąć udział w warsztatach dziennikarskich.

Warsztaty:
· Warsztaty dziennikarskie dla uczestników konkursu odbędą się w dniach 23-28 czerwca. Szczegółowy harmonogram warsztatów zostanie udostępniony uczestnikom konkursu do 15 kwietnia 2006.

Uwagi:
· Prace konkursowe nie podlegają zwrotowi i mogą być wykorzystane do wystawy pokonkursowej;
· Termin oraz czas trwania warsztatów dziennikarskich może ulec zmianie;
· Jury zastrzega sobie wyłączne prawo interpretacji powyższego regulaminu.

Nasz adres:

Gimnazjum nr 1 im. Ignacego Krasickiego
FM Monitor
Ul. Wyzwolenia 12
O9-300 Żuromin

A co do maila, podałem taki, jaki ja znałem. Być może się zmienił.
Tel. 023 6573853
e-mail ejnik@neostrada.pl

13 grudnia w LO im. Słowackiego obowiązywać będzie dekret o stanie wojennym. Uczniowie włożą mundury wojskowe i ZOMO. Przy wejściu pojawią się patrole, poruszanie się po szkole będzie możliwe tylko za specjalnym zezwoleniem. Na korytarzach porządku będą pilnować zomowcy.


Uczniowie: Zuza Bryzgalska (od lewej), Majka Olszewska, Michał Sobczak, Barbara Flak i Aleksander Dobkowski podczas próby spektaklu

- Z czym mi się kojarzy stan wojenny? Przeżyłem zaledwie trzy tygodnie w PRL-u - mówi Michał Sobczak, uczeń "Słowackiego" w Chorzowie.

- Były kartki na mięso, puste sklepy, bary mleczne i absurdy - dodaje Szymon Rupala.

Niektórzy o 13 grudnia dowiedzieli się dopiero w tym roku szkolnym. - Zanim przystąpiliśmy do organizacji obchodów, nie kojarzyłem tej daty. W podstawówce i gimnazjum nie było lekcji poświęconych tym wydarzeniom. Obecnie przerabiamy czasy Napoleona, PRL będzie w trzeciej klasie - mówi Piotr Grabowski.

Uczniowie "Słowackiego" chcą jednak wiedzieć więcej o tych czasach. - Trochę słyszeliśmy, ale to za mało. Dlatego postanowiliśmy przybliżyć wszystkim tragiczne wydarzenia grudnia 1981 roku - mówią.

Wydarzeniom stanu wojennego jest poświęcony cały tydzień. Są spotkania poetyckie, przewidziano udział w sesji naukowej IPN-u, złożenie kwiatów pod pomnikiem poległych górników kopalni Wujek.

Jutro, w rocznicę 13 grudnia, w "Słowackim" obowiązywać będzie dekret o stanie wojennym. Uczniowie włożą mundury wojska, ZOMO i milicji. Przy wejściu do szkoły pojawią się patrole, będą legitymować wchodzących uczniów. Obcy wejdą wyłącznie za przepustką. Na korytarzach porządku będą pilnować zomowcy wyposażeni w pałki. W szkolnym sklepiku będzie obowiązywała reglamentacja towaru. Na kartki uczniowie będą mogli kupić: herbatę, bułkę, rajstopy, gazety i papier ksero.

Finałem będzie sztuka napisana przez ucznia drugiej klasy Aleksandra Dobkowskiego. - To historia pewnego dobrze ustawionego aparatczyka z głęboko ukrytymi wyrzutami sumienia. Rzecz dzieje się w stanie wojennym. We śnie spotyka różne pokrzywdzone kobiety: jedna straciła męża, inna płacze za internowanym narzeczonym. Jest też dziecko, które szuka rodziców - opowiada autor.

Obchody zostały przygotowane wspólnie z sąsiadującym ze "Słowackim" LO im. Skłodowskiej-Curie, gdzie można już oglądać wystawę "Mroczne czasy PRL-u". Jej trzon stanowią znalezione w internecie czarno-białe fotografie z grudnia 1981 roku. Uzupełniają ją przyniesione przez nauczycieli drukowane w podziemiu gazetki i ulotki. - Wystawę na razie oglądają pracownicy szkoły. Nie kryją wzruszenia. Niektórzy dzielą się z nami swoimi przeżyciami - mówią uczennice Ewa Harendarczyk i Aleksandra Rzymann, które pracują przy wystawie.

Imprezę zakończą namiastką peerelowskiego poczęstunku. - Jest własnoręcznie zrobiony smalec, podamy też ogórki. Uczennicom udało się nawet kupić oranżadę w małych, ciemnych butelkach. Byłem zdziwiony, że można je jeszcze gdzieś dostać - mówi Grzegorz Zarzycki, polonista.

źródło

Tiaaaa. Koleżeński Aspergerowiec. Hmmm. To coś jak pluszowe kolce, albo słodka cytryna czy inne takie. Współdziałanie w grupi ... też świetne. Mam to samo w szkole. Mój syn za to NIGDY punktów nie dostał i nie dostanie. Za to stracić punkty jest bardzo łatwo. Ostatnio sobie nawet drukowałam ze strony gimnazjum.

Kryteria oceny z zachowania:
wzorowe od 171 punktów
bardzo dobre 131 – 170 punktów
dobre 91 - 130 puktów
poprawne 51 – 90 punktów
nieodpowiednie 0 - 50 punktów
naganne poniżej 50 punktów
Uczniowie będą oceniani według następującej skali ocen:

1.Ocena zachowania uwzględnia w szczególności funkcjonowanie ucznia w środowisku szkolnym oraz respektowanie zasad współżycia społecznego i ogólnie przyjęte formy etyczne;
2. Zachowanie ucznia ocenia się według dwóch kategorii, w których określono kryteria pozytywne (punkty dodatnie) i negatywne ( punkty ujemne);
3. Na początku każdego semestru każdy uczeń otrzymuje „kredyt zaufania” w wysokości 100 punktów na semestr;
4. Nauczyciel – wychowawca podaje do wiadomości uczniów i rodziców punktację w następujących terminach:
- w październiku, - w grudniu, - na tydzień przed konferencja klasyfikacyjną za I semestr,
- w marcu, - w maju, - na tydzień przed konferencja klasyfikacyjną końcoworoczną;
5. Punkty uzyskane przez ucznia wpisuje się w dzienniku lekcyjnym.

KATEGORIA I – kryteria pozytywne (punkty dodatnie)
Udział w konkursach przedmiotowych: I etap, II etap, III etap 10(30)(50)pkt
Udział w innych konkursach (za każdy) 10 pkt
Reprezentowanie szkoły w zawodach sportowych;
Etap wewnątrzszkolny – za całość rozgrywek ( jednorazowy udział)
Etap międzyszkolny; rejonowy; ogólnopolski 10(2)pkt
15(30)(50)pkt
Pomoc techniczna w zorganizowaniu imprezy szkolnej 5 pkt
Udział i organizowanie imprezy szkolnej 10 pkt
Praca na rzecz klasy 1 do 5
Efektywne pełnienie funkcji (sam. kl. kronika...- ocena na koniec sem. 15 pkt
Wykonanie gazetek (ilość punktów przeznaczona dla całego zespołu) 10 pkt
Podlewanie kwiatów przez cały semestr 20 pkt
Działalność w organizacjach i kółkach (na koniec semestru) 5 pkt
Praca na rzecz innych, działalność charytatywna 10 pkt
Praca na rzecz szkoły w czasie wolnym od zajęć dyd.
(porządkowanie pomoc w malowaniu ..) do 15 pkt
Efektywne pełnienie funkcji w szkole- Samorząd Szk., gazeta szk, itp.
(ocena na koniec sem.) 25 pkt
Bezinteresowna pomoc kolegom w nauce (jednorazowo) 5 pkt
Kultura osobista (na koniec sem.) 20 pkt
Zbieranie surowców wtórnych ( w ciągu semestru max. 30 pkt) 10 pkt
Wkład pracy włożony w naukę, pracowitość, obowiązkowość
(na koniec sem.) 15 pkt
Brak spóźnień na lekcje, brak godzin nieusprawiedliwionych
(na koniec sem.) 10 pkt

Kategoria II – kryteria negatywne (punkty ujemne)
Przeszkadzanie na lekcjach 5 pkt
Aroganckie zachowanie się w stosunku do nauczyciela, innego pracownika szkoły, kolegi 20 pkt
Wulgarne słownictwo 5 pkt
Bójka 20 pkt
Zaczepianie słowne lub fizyczne innych 10 pk
Złe zachowanie przy sklepiku 5 pkt
Zaśmiecanie otoczenia 5 pkt
Celowe niszczenie sprzętu, umeblowania, budynku (+ zwrot kosztów naprawy) 20 pkt
Celowe niszczenie rzeczy innych osób (+ zwrot kosztów naprawy) 20 pkt
Kradzież 50 pkt
Wyłudzanie pieniędzy 50 pkt
Fałszowanie podpisów i dokumentów, dopisywanie ocen do dziennika 30 pkt
Kłamstwa i oszustwa 20 pkt
Posiadanie na terenie szkoły niebezpiecznych przedmiotów zagrażających zdrowiu i życiu (noże, petardy, pistolety na gumowe i plastikowe kulki, itp.): 30 pkt
Palenie papierosów: 20 pkt
Picie alkoholu, narkotyki: 50 pkt
Korzystanie z telefonów komórkowych, odtwarzaczy MP3,walkmenów w czasie lekcji: 20 pkt
Nie wywiązywanie się z obowiązków ucznia (zwrot książek do biblioteki, klasówek, itp.) 5 pkt
Nieprzestrzeganie postanowień Statutu Gimnazjum 10 pkt
Każde spóźnienie się na lekcję 1 pkt
Każda opuszczona godzina lekcyjna bez usprawiedliwienia 2 pkt
Ucieczka zbiorowa – za każdą godzinę 30 pkt

Jak widać punktów ujemnych można nałapać multum w jeden dzień, a większość dodatnich przyznawana jest raz na semestr

czesc, co myslicie o tym? dawno temu wygrzebane gdzies na sieci....

Od 2 miesiecy spotykalem sie z Ola,poznalem ja na studiach,ladna,mila,madra i bardzo dobrze sie uczaca dziewczyna. Pochodzila z dobrego domu. Przez te 2 miesiace bylem u niej kiklanascie razy, i tylko w przelocie wyidywalem jej matke. Mowilismy sobie dziendobry, rzadko mowila do mnie cos wiecej, raczej mnie nie lubila, sprawiala wrazenie zimnej i wynioslej. Ale jedno trzeba jej przyznac,byla nader atrakcyjna kobieta, wprawdzie juz nieco po 40tce,ale mimo to dosc szzupla, w miare wysoka,ladna buzia i wlosy.Wszystkie jednak swoje wdzieki chowala w starych i niemodnych ubraniach, takich nauczycielskich,bo byla nauczycielka-w gimnazjum uczyla polskiego. Ola wiedziala ze jej mama jest mi nie przychylna, ale zawsze tlumaczyla matke ze jest taka odkad odszedl od nich ojciec kilka lat temu. Pomyslalem trudno jakos to zniose. Ktoregos razu Ola zaproponowala wspolna kolacje, we 3 aby przelamac lody wreszcie i lepiej sie poznac. Z jednej strony cieszylem sie,z drugiej obawialem.

Nastal ten dzien. Umowilismy sie na 18. Przybylem punktualnie z kwiatami dla Oli i jej mamy. Przyjela je chlodno,ale podziekowala.Zasiedlismy do stoly, rozmawialismy.Mozna bylo od razu wyczuc ze mama Oli jest dobrze wyksztalcona, inteligentna i kulturalna. Rozmawialismy moze z 1,5h i nagle Ola wstala i krzyknela ze zapomniala zrobic cos waznego!Powiedziala ze musi pedzic i oddac kolezance notataki a jutro wejsciowka,mala to zrobic na uczelni ale zapomniala,niechcac wpedzic kolezanki w klopoty powiedziala ze musi koniecznie jeszcze dzis jej je oddac.Zapytala czy ide z nia,czy zostane z mama i bedziemy rozmawiac.Oczywiscie zostalem,zeby nie bylo ze nie lubie jej mamy,ale ledwo Ola wyszla,jej matka sama zaproponowala ze moze pojde posiedziec przy komputerze bo Oli nie bedzie przynajmniej z godzine,a ona musi sprawdzic sprawdziany swoich uczniow. Poszedlem na gore. Komputer stal u 15letniego brata Oli,ktory byl na wycieczce szkolnej.Siedzialem przy kompuetze,przegladalem zawartosc w poszukiwaniu czegos fajnego,muzyki albo smiesznych filmow,ale nieznalazlem niczego ciekawego. Przysiadlem sie do polki z gazetami samochodowymi,przerzucilel kilka,az trafilem na fajne pisemko, z golymi laskami.Kilka numerow,przejrzalem wszystkie, i nagle poczulem jak zaczelo we mnie narastac podniecenie, moj penis zrobil sie wielki,az prosil sie zeby go wyjac z majtek i zwalic. Dawno tego nie robilem, a z Ola jeszcze sie w to nie bawilem, pomyslalem wiec ze pojde do lazienki, mieli 2, na gorze takze. Wszedlem,po cichu nie wlaczylem nawet swiatla,nie zablokowalem drzwi. Usiadlem na muszli i patrzac w gazetke zaczalem powolutku trzepac...troche przy tym mruczalem, minelo moze 10 min, bylem bardzo pochloniety tym, nawet nie zastanawialem sie gdzie jestem i co robie. Nagle uslyszalem szarpniecie na klamke i weszla mama Oli, podskoczylem, zaczalem sie ubierac,tlumaczyc i przepraszac,a ona powiedzala spokojnym glosem zebym wrocil na miejscie i robil to dalej.Bylem zaskoczony,ale nie mialem zamiaru nie podporzadkowac sie.Usiadlem na skraju muszli a ona za mna. Reke polala plynem do kapieli i obciagnela skorke z penia.Lewa reka zatkala mi usta, a prawa mocno scisnela mojego kutasa. Najpierw walila go powli, potem nieco szybciej,scisnela mocniej i powiedzala zebym nie powstrzymywal tylko pryskal jak najmocniej.I stalo sie, spuscilem sie, ale wszystko zostalo w jej rece, roztarla to na moim kutasie i jadrach, wziela troche na palucu do ust, posmakowala i powiedzala ze dobra. Kazala mi sie wykapac,powiedziala ze zarac wroci. Minelo 10 minut, wchodzi do lazienki,zamyka tym razem drzwi,zapala tylko male swiatelko i mowi ze chce mnie poznac blizej, chce wiedziec z kims zadaje sie jej corka.Najpierw obejrzala mnie wszedzie dokladnie,podotykala,kazala sie przykucnac na czworaka na podlodze, i wypiac tylek,przykucnela przy mnie,powiedziala zebym nic nie mowil i zaczal wykonywac dalsze rozkazy. Wypialem wiec tylek, i nagle poczulem jej silne dlonie, zwycila moje posladki i mocno je rozsunela, a potem zaczela lizac moj odbyt, bylo to dla mnie nowe uczucie, ale bardzo podniecajace, przeciagnela nim w gore i w dol kilka razy. Na chwile przestala, pomyslalem ze to koniec zabawy a tej strony, powiedziala zebym sie rozluznil, wlozyla mi maly palec w tylek, na poczatku bylo to bardzo dziwne uczucie, ale ona wiedziala jak sprawic zeby bylo to przyjemne. Uspokoila mnie, ze nie zrobi mi krzywdy, zanim zdecydowala sie zostac pedagogiem, studiowala w szkolce dla pielegniarek, zapene stad ta znajomosc anatomii. Poza tym powidziala ze powinienem miec choc minimalne wyobrazenie o tym jak czuje sie kobieta rznieta w dupe. Nagle wyjela palec i kazala polozyc sie na plecach. Moj fiut byl wielki i sztywny jak nigdy. Lekko zaczela uderzac go i jadra, troche bolalo ale podniecilo mnie jeszcze bardziej, zrobil sie bardzo mokry. Wziela go do buzi, najpierw obciagala powlutku, jakby nie wiedzala jak,ale to bylo raczej zamierzone,przyspieszyla, zaczela mocniej ssac i jezdzic jezykiem po nim kiedy byl w jej ustach, minelo dopiero pare chwil a ja juz mialem ochote sie spucic, pomyslalem jednak ze czeka mnie jeszcze lepsza zabawa, wtedy ona powiedziala,jakby czytajac w moich myslalch ze jeszcze bede mial okazje spucic sie jej do buzi, a ona to polknie... Ssala nadal, ale zrobila cos jeszcze, znow wlozyla mi palec w tylek, ale tym razem nie posuwala mi tak powolutku, zadna przed nia tak sie ze mna nie obchodzila, to bylo niesamowite. Przestala kazala mi sie podniesc, dopiero teraz zaczela sie rozbierac z tych swoich nie modnych ubran, spoedziewalem zobaczyc sie nudna bielizne a tu zaskoczenie... Miala na sobie piekn czarny koronkowy stanik, i bardzo skromne,ale to byl zestaw Olki. Jej matka z opowiesci wiedziala ze bardzo mnie on podnieca dlatego go sobie pozyczyla. Wlozyla mi 2 palce do ust a potem do swojej cipki. Byla zarosnieta,ale bylo to naprawde ladnie przystrzyzone. Przykucnela na podlodze, wypiela dupe i zaczela wulgaryzowac, a wydawala sie spokojna kobieta... powiedziala zerwnij mnie k***a, zacznij mnie jebac, potraktuj jak kurwe, prosby jak z moich marzen. Przykucnale za nia... zaczalem zakladac gume i nagle dostalem mocno w pysk... powiedzial ze tak jej dupy walil nie bede, mam to wyrzucic, ona jest zabezpieczona, bo planowala to od momentu kiedy zaczalem spotyka sie z jej corka. Wsadzilem jej napierw w pizde, spodziewalem sie wielkiej dziury, i spotkalo mnie mile zaskoczenie, szparka byla przyjemnie ciasna, jak u 20tki, i cudownie mokra, kapalo wrecz z niej... Zrozumialem juz ze jest to ostra babka, nie cackalem sie wiec, ostro wszedlem, zaczelismy krzyczec wrecz, spocilismy sie od razu, jechalem ja tak bez przerwy kilkanascie minut, scickalem przy tym jej wielkie kragle piersi...Nagle powiedziala ze chce ostrzej, ze takie ruchanie to moge uskuteczniac na 17tkach, powiedziala zebym jej wsadzil fjuta w dupe,tak tez zrobilem, wiedzlem,ze na poczatku trzeba nieco delikatniej i ostrozniej, ale jej jakos nie mialem ochoty oszczedzac i ona chyba tez nie...Wsadzilem go szybko i mocno, calego do konca, jeczala,naprawde ja bolalo,ale powiedziala ze to przyjemny bol dobrego ostrego pieprzenia. Jeszcze przyspieszylem, w jej dupie bylo ciasno, ale podobalo mi sie to jak byla podporzadkowana ruchom mojego penisa, panowalem nad nia, do momentu...w ktorym zaczela krecic dupa, ruch ten spowodowal ze moj fjut stal sie jeszcze wiekszy i jeszcze bardziej chcial pryskac...ona wiedziala co robi, to mialo doprowadzic i ja i mnie,tak tez sie stalo, doszlismy niemal razem, skonczylem w jej dupie, po spuszczeniu sie jeszcze dlugo go nie wyciagalem, nie pozwalala mi...Az w koncu wyciagnalem go, kazala mi wylizac wszystko....skrzywilem sie na poczatku troche,ale zrobilem to, zaczelismy sie calowac, oblizala resztki spermy z penisa...bylismy zmeczeni, weszlismy do wanny, zaczlaem robic jej masaz, calkowac, wkladalem palce do cipy i w dupe, delikatnie mruczala, zupelnie jakby miala 18 lat, a jednak byla to dojrzala kobieta.Po kilkunastu minutach znow zaczalem czul mrowienie w penisie, zaczal sztywniec, zuwazyla to, usiadla na mnie, zaczela mnie ujezdzac,dobrze ze mieli wielka wanne, znow mnie zaskoczyla, byla zwinna jak nastolatka, jeczalem ona tez,powiedziala ze dzis nie mamy czasu na eksperymenty z pozycjami poza tym ona lubi klasyczne, bo tak najlepiej czuje kutasa...zeszla ze mnie, kazala stanac przy wannie, przypomniala jak mam ja traktowac, powiedzialem jej ze jest k***a i dalem dwa razy po pysku, lekko ale stanowczo, zlapalem za wlosyi i wlozylem jej penisa do gardla, zaskoczylem ja tym, ale byla dzielna, ciagalem jej glowa w przod i tyl, ssala ostro, az w koncu wystrzelilem, chcialem wyjac i zalac jej twarz,ale w ostatniej chwili go zlapala i wlozyla spowrotem do buzi, polknela wszystko co do kropelki, znow zaczelismy sie calowac, troszke sie jednak ze mna podzielila... Zaczelismy sie ogarniac, potem rozmawiac, znow stala sie zimna i grozna, powiedziala ze jesli tak jak ja bede traktowa jej corke to wszystko bedzie w porzadku, ale jesli cos bedzie nie tak, to bedzie mnie sprawdzac i nie tak lajtowo jak dzis tylko na powaznie, dodala tez za miesiac organizuje wycieczke dla swojej klasy, beda potrzebni opiekunowi, zabierze Olke i mnie, powiedziala ze mam wtedy w koncu zaliczyc jej corke,zebym mial porownanie, zagrozila takze, ze jesli o niej zapomne i o tym co tu sie stalo to no na pewno mi przypomni...

„Czas nie leczy ran”

Nazywam się Paniel Dałka. To niecodzienne nazwisko wzięło się z braku kompetencji położnej, która wypełniała rejestr w dniu moich urodzin. A może chciała się jakoś zemścić za to, ze rodzice dali jej na imię Andrzej? W każdym razie na urzędowych papierkach musi się podpisywać Andrzej Kostrzena, a znajomym przestawia się jako Andrzelika.
Koledzy nazywali mnie geniuszem, a ja nigdy nie zaprzeczałem. Było tak, ponieważ zawsze znajdywałem jakieś wyjście, a każdy wzór umiałem zastąpić innym, wymyślonym przeze mnie wzorem. Te lata świetności już minęły, a mi zostały tylko wspaniałe wspomnienia. Chciałem się z wami podzielić tym wszystkim, bo nic innego nie mam. Siedzę teraz pod mostem jako siedemdziesięcioletni nieudacznik. W moim wieku nie można od pamięci oczekiwać wiele i choć ja na swoją nie narzekam, nie umiem przywołać wszystkiego, co minęło. Opowiadać zacznę od czasów gimnazjalnych, bo tam się moja przygoda tak naprawdę zaczęła. Tak więc wysłuchajcie mnie jeśli chcecie.

****

Szedłem korytarzem i zauważyłem, ze na tablicy ogłoszeniowej wisi zdjęcie. Podszedłem bliżej. Była to część kampanii wyborczej do młodzieżowej rady gminy, a kandydatem był Michał Dragan. Bardzo go lubiłem, więc dla jego dobra przykleiłem na jego twarz papierowy kwiatek służący do ozdabiania gazetek szkolnych. W tej chwili poczułem, kogoś za moimi plecami, obróciłem się i w ostatniej chwili złapałem draganową rękę, zmierzającą ku mej twarzy. Od razu wiedziałem, że to za tego kwiatka. Wyjaśniłem to. Mianowicie udowodniłem mu, że z takim promowanie swojego wizerunku daleko nie zajdzie. Otóż zrobienie trzech błędów w jednym wyrazie nie kwalifikuje go nawet do zamiatania mało ruchliwej ulicy. Michał, jak można było się spodziewać, nie widział nic podejrzanego w wyrazie „Frzysko”, dlatego postanowiłem zająć się jego kampanią.
Zaczęliśmy od zdjęcia żelu z włosów, którego Michał używał zamiast szamponu, ale to dalej nie pomagało, a ja miałem ochotę założyć mu worek na głowę. Musiałem wymyśleć coś, co odmieni go choć o kilka stopni. Myślałem długo, ale było to zadanie ponad moje możliwości, więc zostawiłem jego wygląd i zająłem się równie ważną sprawą, a mam na myśli spotkanie z wyborcami. Ułożyłem ambitne przemówienie i kazałem Draganowi wykuć je i nie pytać, co oznaczają te wszystkie słowa. Wydawało mi się, że osiem dni, bo tyle zostało do ustalonej daty spotkania ze społecznością szkoły, jest wystarczającą ilością czasu na wykucie dwudziestu trzech zdań. Okazało się, że było to bardzo proste, tylko Michał nie wiedział, że trzeba po kolei, a ja musiałem robić z siebie kretyna i siedzieć pod stolikiem dyktując, co ma mówić kandydat. Pozytywnie z tego wybrnęliśmy, bo ludzie na koniec skandowali nazwisko Michała, co świetnie wróżyło. Wtedy byłem już pewny jego wygranej.
Nadszedł dzień wyborczy. Uczniowie wrzucili swoje karty do urn, a dwie godziny później miały być wyniki. Tak też się stało. Wygraliśmy czterdziesto procentową przewagą nad drugim kandydatem, co oczywiście nie było zaskoczeniem. Dało to Michałowi pozycję przewodniczącego samorządu młodzieżowej rady gminy, a mi wielką satysfakcję.
Od tego czasu miedzy mną, a Michałem umacniała się przyjacielska więź. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Zawsze potrafiliśmy znaleźć coś ciekawego do roboty.
Piątkowego wieczoru byłem z Draganem w szkole. Korzystając z okazji, ze woźny Stasio sprzątał sale gimnastyczną chcieliśmy trochę pograć w siatkówkę. Pan porządkowy oczywiście się na to zgodził, prosił tylko, by mu nie przeszkadzać. Gdy graliśmy w siatę zawsze ja wystawiałem piłkę, a Michał lał ją swoją potężną łapą w pierwszy metr. Wyglądało to naprawdę imponująco, a było to dopiero rozgrzewka. Za którymś razem Michał odbił do mnie piłkę i krzyknął, żebym dał mu na zabójcę, bo tak nazywaliśmy najsilniejszy atak. Wystawiłem. Michał wybił się mocno w górę, wziął zamach i ominął z piłką. Spadł na parkiet. Nie utrzymał równowagi i poleciał na Pana Stasia, który obok zmiatał pobocze boiska. Woźny upadł, a Dragan stał przez kilka sekund osłupiały, aż padł. Towarzyszył temu odgłos łamiącej się kości. Wystraszyłem się i podbiegłem. Wybuchłem śmiechem, bo to nie kość, a kij od miotły utkwił w odbycie Michała i podczas upadku złamał sie w pół. Jemu chyba nie było do śmiechu. Wezwałem karetkę. Zabrali go twierdząc, że miewali gorsze przypadki i że wyjdzie z tego. Nie pozwolili mi jechać z kumplem.
Rankiem pojechałem na stopa do szpitala. Michał był nieprzytomny, a na jego sale nie można było wchodzić. Stanąłem więc na korytarzu i patrzyłem na kolegę przez szybę. Lekarz widząc, że przyszedłem do pacjenta w odwiedziny, podszedł do mnie i podzielił się opinią.
Jeszcze wczoraj myśleliśmy, że to będzie zwykły zabieg, że zwykły towocik wystarczy. Okazało się jednak, iż kij był sękaty, przez co nie mogliśmy całościowo go usunąć z organizmu Pana Michała. Zrobiliśmy, co mogliśmy. Sprawy fizjologiczne nie będą problemem, gorzej z poruszaniem się. Jedyny ratunek to przeszczep odwłoku. Z dawcą nie będzie trudno, ale operacja możliwa jest tylko w USA i kosztuje na polskie siedemdziesiąt tysięcy złotych. Pacjent powinien przebudzić się za jakąś godzinę. Będzie, go można ostrożnie zabrać do domu.
Po powrocie do domu Dragan nie wychodził z łóżka przez kilka godzin, a ja siedziałem przy nim pocieszając go, że to nie jest takie straszne i że jest wiele osób, które nawet tego nie mają. Obiecałem też, że znajdę pieniądze na jego operacje.
Następnego dnia Dragana do szkoły przywiózł tato. Michał nie wyglądał dobrze. Miał dwa razy większą dupę niż zwykle to bywało. Jego chód przypominał wędrówkę najedzonej kaczki. Szedł sztywno, bujając się solidnie na boki. Wyglądało to niecodziennie i mimo, że Dragan był w tym momencie inwalidą nikt ze trzystu uczniów nie krył uśmiechu. Wymyślono mu nawet nowy przydomek, Kwadrat.
Po kilku dniach Michał miał się lepiej, poszliśmy nawet pograć w siatkówkę. Nie wyglądało to tak jak kiedyś. Kwadrat wyskakiwał do piłki dokładnie tak jakby miał klina w dupie, bo miał, a gdy był w górze zwykle nie trafiał w piłkę lub kierował ją w sufit wysokiej na dwadzieścia metrów hali. Był w tym naprawdę niezły… Po grze Dragan chciał ze mną pogadać. Powiedział mi, ze wstyd mu być przewodniczącym rady. W tym stanie nie mógł prawić tej funkcji. Według mnie nawet przed wypadkiem nie mógł. Postanowił oddać mi stanowisko. Tak też się stało. Nazajutrz byłem już przewodniczącym.
Chciałem to jakoś wykorzystać. Napisałem lipny projekt rozbudowy chodników w naszej gminie. Dostałem na to dziesięć tysięcy. Za pięć stów kupiłem trzysta kilo wapna i zabieliłem krawężniki. Resztę kasy przeznaczyłem na Dragana. Nadal jednak było to za mało. Do dalszej zbiórki zwerbowałem kompana, Franciszka Kozakiewicza. To był gość. Był o cztery lata starszy, a chodziliśmy do tej samej klasy. Wśród nauczycieli nie był szanowany, to dlatego, że mówili o nim ostatni wisznicki menel, mimo tak młodego wieku.
Musieliśmy nazbierać jeszcze sześćdziesiąt kawałków. Czułem, że muszę dopiąć tego w jakiś sposób. Pocieszałem się tym, że jestem Polakiem, bo przecież mamy Małysza i jako pierwsza nacja na świecie opracowaliśmy sposób picia denaturatu, płynu borygo, wody kolońskiej, ale nijak mi to nie pomagało w zbiórce pieniędzy.
Potrzebowaliśmy jakiegoś planu. Ten przyszedł szybko. Jako nowy przewodniczący rady miałem pięćdziesiąt procent głosów i praktycznie nikt inny nie istniał. Tak więc ogłosiłem przebranżowienie rady na sektę destrukcyjną, a właściwie abstrakcyjną. Franek wymyślił ideę… Jak wiadomo człowiek oprócz potrzeb oczywistych, takich jak oddychanie, czy sen potrzebuje czegoś więcej. Wystarczy do niego trafić, a pieniążki same będą wpływały. Ja dołożyłem do tego bożka Alkatela i zrobiłem mały ołtarzyk w byłej siedzibie rady gminy. „Nołkoms”, tak nazywaliśmy sektę, a polegała na tym, iż każdy nowy członek wyrzekał się swojego telefonu, a pieniądze z abonamentu przeznaczał na naszą religię. Spojrzałem na to wszystko jeszcze raz, jak to się mówi „świeżym okiem” i niestety zwątpiłem, ale Kozakiewicz zapewniał, że wszystko opracował i będzie to najbardziej dochodowy biznes w kraju. Warto dodać, że wymyślił to w pięć minut. No dobra, dałem mu szansę, choć nie wierzyłem w cokolwiek pozytywnego. Mieliśmy zacząć rankiem. Odłożyliśmy szkołę na bok i poszliśmy do naszej salki. Przez cały dzień tak, jak się spodziewałem, nic się nie działo, nie było ani chętnych, ani pieniędzy. Jednak tym razem to ja chwyciłem odrobinę geniuszu i zorientowałem się, że jedynymi osobami jakie wiedzą o naszym przedsięwzięciu jestem ja i Franek. Toteż zainspirowało mnie do zrobienia kampanii reklamowej, bo przecież byłem dobry w tym fachu. Przygotowałem ulotki, a Franek rozniósł je po domach. Kolejny dzień miał zaowocować. To było to! Okazało się, że trafiliśmy. Chętnych było jak po banany za komuny. Tak więc nie pozostało mi nic innego prócz ,postawienia stoliczka przed wejściem do naszej świątyni. Wierni tryskali euforią pierwszy z nich uściskał mnie i powiedział.
Duszpasterzu, nie wiem, czy mogę tak do pana mówić. Nie ważne. Jestem wniebowzięty. Gdy przeczytałem waszą ulotkę poczułem się jakbym na nowo się urodził. Daliście ludziom to, czego tak naprawdę potrzebują. To dobro, jakie stworzyliście powinno być wam wynagrodzone! Ja mogę powiedzieć, dziękuję.
Ja wiedziałem, że ma coś jeszcze do zrobienia, tak więc podsunąłem mu pod nos czarny worek na odpadki, a ten bez zastanowienia wrzucił swój telefon.
Interes się kręcił, po pierwszym dniu mieliśmy już osiemdziesiąt telefonów, a po tygodniu przestaliśmy je liczyć. Abonamenty regularnie wpływały na nasze konto. Nazbieraliśmy już na operacje. Na nasze nieszczęście, co dobre szybko się kończy… Po miesiącu do tyłka przyczepiła nam się skarbówka z jakąś inspekcją pracy. Myślałem, że to nie ma się nijak do naszej religii. Zostaliśmy jednak nazwani nielegalną firmą. Ja nie mogłem nic zrobić, a oni nałożyli na nas ogromną karę. Wszystkie pieniądze diabli wzięli, co za tym idzie draganową operację też… Rozpłakałem się. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, Franek czuł to samo. Było okropnie. Trzeba było coś zrobić. Nie mogłem tego tak zostawić! Sprzedałem wszystko, co miał Franek. Niestety miał tylko poprzednio roczną prenumeratę gazety „Dekarz”. Na skupie makulatury dostałem za to sześć pięćdziesiąt. Było to za mało. Wziąłem się w garść i sprzedałem bizona mojego tata. Wygonił mnie za to z domu, ale w tej chwili liczyło się tylko dobro Dragana. Miałem pieniądze na właściwy cel.
Na organ trzeba było złożyć, nieładnie mówiąc, rezerwację. Zadzwoniłem i to zrobiłem. Kazano nam być za pół miesiąca. Tak więc wydawało się, że mamy czas. Mieliśmy trochę kasy w zapasie, więc postanowiliśmy pojechać wcześniej i zwiedzić obczyznę, a żeby mieć więcej forsy na pamiątki, zamówiłem najtańsze bilety na rejs do Stanów. Po czterech dniach byliśmy już na statku. Dragan cieszył się jak małe dziecko, że już niedługo wszystko wróci do normy. My cieszyliśmy się razem z nim. Płynęliśmy tak i płynęliśmy. Coś było nie tak, miałem złe przeczucie, ale w końcu zobaczyliśmy ląd. Kwadrat podskakiwał z radości, chyba nawet na chwile zapomniał o tym, że coś mu uwiera. Zeszliśmy ze statku. Bardzo się zdziwiliśmy, a przynajmniej ja, bo byłem pewny, że kangurów w Ameryce nie ma, a jeden właśnie wypasał się dziesięć metrów ode mnie. Przeszedłem się kawałek. Nic nie pasowało, inaczej wyobrażałem sobie ten kraj. Byłem pewny, że zamówiłem bilet do Stanów. Wyciągnąłem go, żeby się upewnić. Tak też było, nie doczytałem tylko, że z przesiadką w Sydney. Powiedziałem o tym chłopakom. Michał się załamał, bo nasz statek odpływał dopiero za dwa dni. A musimy być w Stanach za trzy. Nie było szans dopłynąć na czas. Próbowałem jakoś przełożyć operację, ale wszystko było już umówione i nie było o tym nawet mowy. Zaczęła się walka z czasem. Weszliśmy na pokład naszego statku. Trzeba było coś wykombinować. Na początku wiosłowaliśmy, ale nie wpływało to na prędkość, z jaką mknęliśmy po wodzie. Później cichaczem wyrzuciliśmy trochę zaopatrzenia pokładowego, aż natrafiliśmy na beczkę spirytusu do czyszczenia pokładu. Z lekcji fizyki wiedziałem, że rakiety latają w kosmos na alkoholu. Włamaliśmy się do maszynowni, obezwładniliśmy pracowników, przytargaliśmy beczkę i wlaliśmy zawartość to zbiornika. Po chwili kadłub statku uniósł się w górę, a śruby tak szybko zaczęły się kręcić, ze woda wokół nich zaczęła parować. Dobiliśmy do portu, zeszliśmy ze statku, a ten eksplodował. Zamówiliśmy taksówkę i kazaliśmy wieść się do Szpitala świętej Anny, bo tam Dragan miał mieć przeszczep. Dojechaliśmy. Wziąłem Michała na ręce i wbiegłem na sale operacyjną. Kazali mi położyć go i czekać na zewnątrz.
Siedzieliśmy sześć godzin, aż wreszcie Michał wyjechał z Sali. Podbiegliśmy do niego, ale jeszcze spał. Podszedł do nas lekarz. Dobrze, że Franek znał angielski, rozumieliśmy, co mówi.
Niestety, przyjechaliście o godzinę za późno, organ dawcy obumarł. Próbowaliśmy jeszcze chirurgicznie przywrócić pierwotny stan odwłoku pana Michała. Nie powiodło się, za głęboko siedzi… Nie chcieliśmy go stracić. Przykro nam, robiliśmy, co mogliśmy. Będzie musiał nauczyć się z tym żyć.
Ja byłem załamany, a co musiał czuć Michał… Wróciliśmy do kraju. Mimo wszystko Kwadrat był nam wdzięczny za wszystko, chciał mi jakoś pomoc, bo zostałem bez dachu nad głowa, ale nie miał jak. Nie pozostało mi nic, prócz wprowadzenia się pod most. Chłopaki podzielili mój los. Byliśmy tak załamani, że nie widzieliśmy perspektyw na życie. Przesiedzieliśmy pod mostem pięć lat, żywiąc się pająkami, ślimakami, szczurami i mchem, który porastał betonowe płyty mostu. Przez te kilka lat tak zdziadzieliśmy, że baliśmy się wyjść poza naszą norę. Kozakiewicz się odważył i po dwóch dniach wrócił. Zachowywał się jak małpa. Nie umiał już nawet mówić.

****

Teraz, gdy mam już dziewięćdziesiąt lat, można powiedzieć, że nie zostało mi wiele. Zmarnowałem swoje życie, podobnie jak moi kumple. Frankowi przez te lata urósł ogon i jedyne, co robi to wisi na wystającym z sufitu drucie zbrojeniowym. Kwadrat, właściwie teraz Kwadzio, od kilki dni nic nie je, tylko siedzi po turecku i waha się na boki. Kilkanaście lat temu zabudowaliśmy nasz mościk. Jako cegieł użyliśmy kamieni z rzeki, a jako zaprawy mułu. Zostawiliśmy tylko małe okienko, żeby całkowicie się nie odzwyczaić od światła. Nikt chyba nigdy nie dowiedział się, że tu mieszkamy, dlatego zapisałem naszą historie na ścianie naszej klitki, fajnie jeśli ktoś to kiedyś przeczyta… Napisałem to latem coś około 2080roku. Straciłem rachubę czasu.

Wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

W roku pańskim 2007

Nie ma szkoły bez Boga - Chcesz cukierka? - Chcę! - To powiedz, że najbardziej na świecie kochasz Pana Jezusa
Mamo, siostra mówiła, że...

- Jaka siostra? Twoja?

- Nie. Siostra.

Tym sposobem Bianka dowiedziała się, że jej córka Maja chodzi w przedszkolu na religię. Maja chciała chodzić. Do czasu, aż przyszła z płaczem.

- Mamo, ja umrę. Mam skaleczenie na ręku, a jest taka choroba, od której to będzie rosło i rosło, aż ręka mi odpadnie, a potem całe ciało.

Siostra miała swoje metody na atrakcyjne lekcje. Zasłaniała okna kotarami, zapalała świeczkę, sadzała dzieci w kręgu i wybierała biblijne przypowieści. Np. o trądzie. Kolega Mai co dzień o 5 nad ranem sprawdzał, czy mu rogi nie rosną, bo siostra orzekła, że z powodu nieregularnego chodzenia na mszę zostanie diabłem.

Przedszkole Mai na Osiedlu Piastów w krakowskiej Nowej Hucie: - Na zebraniu rozdajemy karteczki z nazwiskami dzieci, żeby było anonimowo. Zawsze tak robimy. Rodzic pisze tylko: tak albo nie.

- Co, jak napisze: nie?

- Dziecko idzie podczas katechezy na ćwiczenia wyrównawcze z nauczycielką.

- Samo?

- W tej chwili mam w grupie tylko jedno niechodzące.

- A czy ktoś pilnuje, co się dzieje na katechezach?

- Jeśli już, to kuria. Nie my.

- Kto wizytuje katechetów?

Ksiądz prałat Henryk Małecki: - Szkoły i kuria. Są podwójnie nadzorowani. Tu nie ma żadnej improwizacji.

Drugi raz Maja wróciła z przedszkola z płaczem, kiedy siostra kazała jej usiąść w drugim rzędzie, za kręgiem. - Bo ty i tata się rozwodzicie.

Bianka w podstawówce była buddystką. Dzieci w szkole pytały ją: - Chcesz cukierka? - Chcę! - To powiedz, że najbardziej na świecie kochasz Pana Jezusa.

- W katechizmie przedszkolnym pod każdą lekcją są pytania w stylu "Jak często twoja rodzina czyta Pismo święte?", "Gdzie leży Biblia w twoim domu?". Jak w Hitlerjugend - mówi Bianka - dzieci mają donosić na swoich rodziców.

Bianka Skowronek ma 32 lata. Jej córki są dziś w drugiej i trzeciej klasie. Obie chodzą na religię. Tak zdecydowały. W obu szkołach jest jedna godzina angielskiego i dwie godziny religii tygodniowo.

Liczba lekcji religii w szkołach może być zmieniona jedynie za zgodą biskupa.

Najdłuższa noc w roku

Iza i Darek mają dwójkę dzieci: Bartka (6 lat) i Kubę (10). Mieszkają w Poznaniu.

Z Kubą zaczęło się w przedszkolu. Religia była już dla trzylatków. Mama Kuby zgłosiła, że nie chce. Przedszkolanka poprosiła ją o rozmowę.

- Pani jest jehowa?

- Nie.

- No to przecież może!

Na czas religii Kuba był odsyłany do innej grupy. Najczęściej do starszaków. Traktował to jako rodzaj kary.

W przedszkolu Bartka lekcja religii jest w środku dnia zamiast na początku albo na końcu, żeby rodzice mogli dziecko później przyprowadzić lub wcześniej odebrać.

Iza: - Nie było sposobu. Chyba, że zadarłabym z personelem. Ale nie chciałam ze względu na dzieci. Bartek o religii nie opowiada. Czasem tylko puści wodze fantazji. Ostatnio na widok ściętego drzewa powiedział: "To zrobił święty Józef". Mówi też rzeczy sensowne: że nie można dokuczać innym. OK, też mu to mówię.

Klemens Stróżyński z Kuratorium Oświaty w Poznaniu: - Przedszkole nie musi oferować religii. O to ubiegają się księża. Przychodzą do przedszkoli, a księżom się nie odmawia. Najczęściej proboszcz rozmawia z dyrektorką. Ale zawsze można znaleźć te bardziej świecko nastawione. Choć prędzej wśród prywatnych.

Czyli płatnych.

Iza: - Nie podpisywałam kartek ze zgodą, a okazywało się, że Bartek i tak chodzi na religię. W domu jest inny model, niż go tam uczą, dziecko będzie miało rozdwojenie jaźni. Lekcje mocno go indoktrynują. Walczyłam, żeby coś zorganizowali w zamian. Może byłam za łagodna?

Kuba w szkole świadomie wybrał: nie chodzę. Poszedł raz, wrócił oburzony, że pani katechetka chwaliła Giertycha.

Iza bała się reakcji innych dzieci.

- Ale one raczej zazdroszczą, że jemu wolno nie chodzić. Czują, że ma lepiej. O etyce w podstawówce zapomnij.

W święta Iza i Darek opowiadają dzieciom, w co wierzą niektórzy. Mówią też: my w to nie wierzymy, ale jest sens świętować najdłuższą noc w roku, bo od teraz będzie coraz jaśniej. Na Wielkanoc opowiadają o wiośnie.

- W symbolice wielkanocnej są ciekawe elementy pogańskie, więc mamy się do czego odwołać.

Wspomagają się literaturą. Mają "Księgę Bożego Narodzenia", gdzie są opisane różne sposoby świętowania Gwiazdki.

Dla Izy najgorsze są szkolne akademie, bo zawsze zawierają elementy religijne. U Bartka w przedszkolu imprezę wielkanocną otworzył ksiądz. Na koniec przemówienia poprosił wszystkich o powstanie i zaintonował "Ojcze nasz". - Wściekłam się i wyszłam. To nie ksiądz powinien prowadzić takie spotkania, lecz dyrektorka.

Przed Gwiazdką w szkole Kuby były jasełka. Po nich dzieci odmawiały "Zdrowaś Mario".

- Dla mnie to jest nie do przyjęcia. Ale komu mam to powiedzieć, jeśli wychowawczyni Kuby mówiła mi: "A może jednak by chodził na religię? Przecież mu nie zaszkodzi".

W drugiej klasie Kuba leżał długo w szpitalu, miał boreliozę. Proporcje szpitalnych lekcji Izę zszokowały. Pani od wszystkiego przychodziła trzy razy w tygodniu na godzinę. Pani od religii dwa razy w tygodniu. - Przez dwa miesiące za każdym razem wchodziła do pokoju Kuby z pytaniem, czy chce lekcji. Za każdym razem Kuba musiał powtarzać: nie.

W szpitalu krzyże wisiały w każdym pokoju. W szkole Kuby wiszą we wszystkich salach. W przedszkolu u Bartka jest jeden - na korytarzu.

Iza: - Przecież to są miejsca publiczne, mają obowiązek zachować neutralność światopoglądową.

Iza Kowalczyk jest historyczką sztuki, pracuje w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Historia sztuki jest na dole budynku, na górze - teologia. Krzyże wiszą na dole i na górze. Przy okazji świąt na uniwersytecie wisiały flagi maryjne i papieskie.

- Zapytałam panią z portierni: "Dlaczego?". "Dostaliśmy takie polecenie". Może powinnam była wtedy uderzyć do rektora?

Kiedyś Kuba na lekcji muzyki uczył się pieśni religijnych.

Iza zapytała: - I co, śpiewałeś?

- Otwierałem usta.

- Tym sposobem moje dziecko uczy się po-dwójnych reguł. No i wkurza mnie, że Kościół katolicki jest finansowany przez państwo. Uroczystości, wizyty papieża, Świątynia Opatrzności Bożej - za to wszystko jako podatniczka płacę, choć jestem ateistką. Za lekcje religii też.

Księża i katecheci dostają pensję wedle normalnych szkolnych stawek, z puli nauczycielskiej. Na mocy porozumienia z episkopatem są zwykłymi pracownikami.

Czy są tak samo kontrolowani?

Klemens Stróżyński z kuratorium oświaty: - Nie pod względem merytorycznym. Nie podlegają kuratorium, tylko wydziałowi katechetycznemu kurii. To kuria wydaje tzw. misję - uprawnienie do nauczania religii. I tylko ona może ją odebrać rękami biskupa.

Jezus cię kocha

Bruno urodził się 3,5 roku temu. - Byliśmy ze Zbyszkiem wzywani przez nasze rodziny na poważne rozmowy: "Ochrzcijcie go. Bo dobro dziecka, bo rozumiem te wasze przekonania, ale".

Sylwia ma kilku znajomych, którzy ochrzcili. Wszyscy niewierzący.

- Bywa tak, że rodzina nie spocznie, dopóki tego nie zrobisz. Koleżanka mówi: musiałam ochrzcić Kasię, bo nie mogłam się spotykać z rodziną męża.

"Dobro dziecka" pojawiło się w przedszkolu. Pół roku przed czasem Sylwia poszła zapytać: co, jeśli dziecko nie chodzi na religię. Dyrektorka poświęciła jej mnóstwo czasu. Zaczęła od tego, że ta dzielnica jest "multikulti, bo obok jest osiedle dyplomatów". I że religia w tym przedszkolu to raczej religioznawstwo, a przede wszystkim nauka o wartościach: czym jest dobro i zło, jak żyć zgodnie w społeczeństwie.

- Pomyślałam: super! Chcę, żeby Bruno wiedział, kim jest Jezus, to w końcu kraj katolicki. Bez tego będzie mu się trudno poruszać.

Pani wzięła Sylwię na spacer. Pokazała gablotę - nasza szkolna gazetka religijna.

Sylwia: - Klasyk. Jezus, obrazki z Jezusem przybitym gwoździami do krzyża, kolorowanki, Jezus cię kocha. Jeśli to jest religioznawstwo, to chyba wybiórcze. Dziękuję, ale nie.

Bruno poszedł do innego przedszkola. Za półtora roku zacznie mu się religia. - Cała grupa pójdzie za wesołym księdzem grającym na gitarze, a on zostanie sam w sali? Dziecko niechodzenie na religię odbierze jak zakaz, karę. Na tym polega perfidia wprowadzenia religii do szkół i przedszkoli: że nagle niewierzący rodzice jawią się własnym dzieciom jako karzący za nic. Zostaliśmy postawieni w sytuacji zabraniaczy. Bardzo świadomie nigdy jej Brunonowi nie stwarzamy. Zawsze z nim rozmawiamy. Hipokryzją jest mówienie, że religia w przedszkolu to kwestia wyboru dziecka. Jasne, że wybierze, żeby pójść z innymi dziećmi. Czujesz się inny i gorszy, kiedy wszyscy gdzieś idą, a ty nie, kiedy wszyscy mają białą sukienkę, a ty nie, kiedy wszyscy w klasie dostają komputer na komunię, a ty nie, kiedy dzieci zaczynają powtarzać: Jezus jest dobry, a ludzie, którzy nie chodzą do kościoła, są źli.

Bruno nie będzie chodzić.

Sylwia: - Ale to jest trudne. Przecież będzie pytał: nie mogę? Przygotowujemy się do tych rozmów.

Zakorzenić córkę

W zeszłym roku córka Jagody pojechała na obóz narciarski. 1 stycznia przy śniadaniu opiekun zapowiedział: - Idziemy na mszę.

Dominika: - Nie idę.

Opiekun: - Wszyscy idą.

Dominika w płacz. Nie poszła. W tym roku jechała znowu, z tą samą grupą. Przed odjazdem Jagoda powiedziała opiekunce: - Jeśli będzie wyprawa na mszę, proszę nie ciągnąć tam mojej córki, nie jesteśmy katoliczkami.

Opiekunka w śmiech.

- Jaką mszę? Tu nikt nie jest wierzący.

1 stycznia przy śniadaniu opiekunka zapytała: - Kto oprócz Dominiki nie jest ochrzczony?

Koleżanka Dominiki: - Chodź z nami do kościoła, dla Jezusa to nie ma znaczenia, czy jesteś ochrzczona. On i tak cię kocha.

Rodzice posłali Dominikę do przedszkola i szkoły żydowskiej.

- Chcieliśmy, żeby od dziecka uczyła się stawiać opór wobec wzorca konformizmu. I żeby miała doświadczenie obcowania z różnicą.

Na pytanie: "Jaki procent dzieci w tej szkole jest pochodzenia żydowskiego?", od dyrekcji pada zawsze odpowiedź: "Nie prowadzimy takich statystyk". Nie ma lekcji religii, jest za to "kultura żydowska". Przy wejściu można przeczytać cytat z Talmudu: "Świat podtrzymywany jest oddechem dzieci idących do szkoły". To samo pomieszczenie służy czasem za salę gimnastyczną, czasem za synagogę.

Jagoda: - Można wywalczyć wolność, wysyłając dziecko do ortodoksyjnej szkoły wyznaniowej. To najdziwniejsza rzecz, jaka mi się zdarzyła.

Mąż Jagody jest katolikiem. Pomysł wysłania tam córki był wspólny, ale on bardziej się niepokoi, że Dominika nie poradzi sobie z antysemityzmem.

- Oboje uważamy, że w katolickim kraju antysemityzmowi można się przeciwstawić tylko wtedy, kiedy człowiek jest zakorzeniony w chrześcijaństwie.

Dlatego Jagoda szukała dla córki miejsca, gdzie mogłaby płynnie przejść od kultury żydowskiej do religii katolickiej.

- Znalazłam genialną dziewczynę, zgodziła się poprowadzić dla córki katechezę. Powiedziałam Dominice. Cały dzień nad tym myślała. Wieczorem przyszła z płaczem: "Nie chcę. Będę się źle czuła wobec dzieci w szkole żydowskiej. Jestem już kimś i nie chcę przestać tym kimś być". Byłam z niej dumna.

Dominika wie od mamy, że religia jest rzeczą niezwykle ważną. Zna imiona biblijne lepiej niż dzieci po katechezie. Czasem mówi o sobie: bezreligijna, czasem: buddystka. Tak jak mama.

Pan od muzyki ratuje duszę

Syn Marii był w szkole społecznej. Powiedziała: sam zdecyduj. Poszedł raz.

- Mamo, ta pani jest bardzo miła, ale chyba kłamie. Opowiadała, że jej koleżanka miała niegojącą się ranę. Jakaś ukraińska znachorka zapytała ją: "Kochasz Jezusa?". "Kocham najbardziej na świecie". I od tego rana się zagoiła.

Program nauczania religii opracowuje i zatwierdza Kościół, a następnie podaje do wiadomości ministrowi edukacji narodowej. To samo dotyczy kwalifikacji zawodowej nauczycieli religii. I podręczników: wszystkie, oprócz tych do religii, muszą mieć certyfikat MEN. Normalnie rzeczoznawca ocenia wartość merytoryczną, dydaktyczną i językową podręcznika. Ale te do religii opiniuje kuria.

Maria: - Tłumaczyłam synowi, że ludzie wierzą w różne rzeczy, a kiedy się jest chorym, należy wierzyć w wyzdrowienie. Ale więcej na religię iść nie chciał. Był jedyny. Katecheza odbywała się w klasie, gdzie wszystkie pozostałe lekcje, była w środku zajęć. Marcin na tę jedną godzinę wychodził. Siadał na korytarzu, odrabiał lekcje. Co tydzień powtarzał się ten sam scenariusz. Przechodzący nauczyciele krzyczeli: co ty tu robisz? Przecież są lekcje! Marcin wszystkim musiał się tłumaczyć, że on nie chodzi na religię.

Nie ma takiej klasy

Ania, koleżanka Marii, szuka szkoły dla syna. Dzwoni do pierwszej szkoły Marcina w podwarszawskim Konstancinie:

- Mój syn nie chodzi na religię...

- To chyba pomyłka! U nas wszystkie dzieci chodzą.

- Ale ja dopiero szukam dla niego szkoły.

- No to pewnie będzie w tym czasie z wychowawcą albo odsyłany do innej klasy.

- A lekcja nie mogłaby być na pierwszej lub ostatniej godzinie?

- Nie mamy takiej klasy.

- A jakieś zajęcia w zamian?

- To przecież tylko jedna godzina w tygodniu.

Pytam Klemensa Stróżyńskiego z kuratorium, co ma zrobić rodzic dziecka, któremu nie zapewniono opieki podczas lekcji religii.

- Złożyć skargę do kuratorium. Prokurator będzie ścigał dyrektora placówki. Każda szkoła i przedszkole ma obowiązek tę opiekę zapewnić: zorganizować kółko zainteresowań, świetlicę, lekcję równoległą. To samo dotyczy rekolekcji. Dziecko niechodzące może, ale nie musi zostawać w domu, ale szkoła musi zapewnić mu coś w zamian.

Po roku Marcin przeniósł się do innej szkoły społecznej. Na czas wizyty papieża Benedykta XVI szkołę zamknęli na trzy dni. Dla Marii to skandal.

- Z jakiej racji? Dlatego że duchowny jednego wyznania przyjechał?

W szkole Marcina był pan od muzyki. Młody człowiek, mieszkał niedaleko, miał klucze, jak trzeba, to i posprzątał. Dusza szkoły. Uczył Marcina grać na gitarze. Jedna z dziewczynek, które też nie chodziły na religię, miała koszmarny sen. Opowiedziała go w szkole.

Pan od muzyki: - To szatan do ciebie przyszedł.

Pod koniec szóstej klasy poprosił Marcina na bok: - Niedobrze, że chodzisz na aikido. Aikido, joga to wywyższanie się nad Boga. On jest zazdrosny, kiedy człowiek próbuje dorównać mu siłą. Mówił o złych istotach. - Wpuszczasz je do swojego życia. Tacy, co chodzą na jogę, idą do piekła.

Pan od muzyki nie użył słowa: diabeł.

Marcin najpierw nie chciał powiedzieć mamie. Bo panu od muzyki wszyscy ufali. Zdecydował się w drodze do domu, ale najpierw kazał mamie zakręcić okna w samochodzie.

Potem nie chciał chodzić do szkoły, nie mógł spać. Maria poszła do dyrektorki. Ta nie mogła uwierzyć, że coś takiego mógł zrobić katolik.

Maria: - Dyrektorka poprosiła, żebym powiedziała mu osobiście swoje zarzuty. Zgodziłam się. Miałam jasność: nauczyciel wykorzystał swoją władzę. Rodzice decydują, czy dziecko chodzi na religię, czy nie, a dziecko staje się kozłem ofiarnym. Powiedziałam mu, że Marcin ma kłopoty zdrowotne, a basen i aikido polecił mu lekarz. Inaczej grozi mu operacja.

On na to: - Ma kłopoty ze zdrowiem, bo wpuścił złe moce. My ratujemy jego duszę.

Pana od muzyki nie zwolniono.

Maria: - Gdyby był w sekcie, toby go wyrzucili. Ale katolik?

Agnieszka, siostra Marcina, studiuje psychologię: - Ciekawe, kto jest następny. Bo przecież jeśli to jego misja, on musi tak robić. Są ludzie, którzy nie mogą się powstrzymać przed seksualnym molestowaniem. I są tacy, którzy nie mogą powstrzymać się przez molestowaniem religijnym.

Agnieszka, mając trzy lata, wyjechała z rodziną do USA. Wróciła po siedmiu latach. Był 1994 rok.

Mama powiedziała: - w szkole jest religia. Możesz zdecydować, czy chcesz chodzić.

- Ale jak to: religia? Która religia?

- W szkole w USA były dzieciaki wszelkich wyznań - opowiada dzisiaj. - Dlatego pomyślałam: będzie o różnych filozofiach. Poszłam na dwie lekcje. Okazało się, że jest tylko o jednej.

Niekatolickie dzieci wymagają reedukacji

Ania dzwoni do drugiej szkoły Marcina (w podwarszawskim Mysiadle):

- W klasach I-III mamy tylko jedno takie dziecko.

- A w starszych?

- Nie wiem, ile ich jest, ale można policzyć na palcach jednej ręki.

- Co robią podczas lekcji religii?

- Zostają w sali.

- Jak to?

- Po prostu nie uczestniczą. Albo mają zajęcia z reedukatorem.

- Z kim?

- Tak się składa, że te same dzieci, które nie chodzą na religię, wymagają reedukacji.

- A jeśli moje dziecko nie będzie do reedukacji?

- Zawsze może zejść do świetlicy.

- Która jest otwarta cały czas?

- Nie. Tylko w godzinach 7.30-8.15 i po 13.20.

Czyli przed i po lekcjach.

Barbara Tomkiewicz z kuratorium w Warszawie: - System Informacji Oświatowej nie przewiduje, żeby kuratoria prowadziły badania, w ilu szkołach odbywają się lekcje etyki.

Dzieci lub ich rodzice muszą szukać w ciemno. Za pomocą internetu Annie udało się znaleźć jedną szkołę państwową, gdzie są lekcje etyki. Ale nie w Warszawie, tylko w Gdańsku Wrzeszczu, nie podstawową, tylko liceum (IX LO), nie w siatce zajęć, tylko po lekcjach, i nie dla każdej klasy, tylko dla chętnych ze wszystkich klas naraz.

Aneta Woźniak, rzeczniczka prasowa Ministerstwa Edukacji Narodowej: - Nie ma przepisu, który obligowałby dyrektora szkoły do umieszczenia zajęć z religii lub etyki jedynie na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej. Wręcz przeciwnie, takie rozplanowanie byłoby dużym utrudnieniem organizacyjnym dla szkoły i nauczycieli.

Na terenie diecezji warszawskiej w 2005 roku na religię chodziło: w przedszkolach 83 proc. dzieci, w szkołach podstawowych 93 proc., w gimnazjach 94 proc., w szkołach zawodowych 83 proc., w liceach 76 proc. Dane zbiera wydział nauki katolickiej kurii warszawskiej.

Ludzie chcieli, badań nie było

Marzena jest tłumaczką, ma trójkę dzieci: Huberta (19 lat), Różę (16) i Karola (9). Hubert chodził w przedszkolu na religię. W szkołach żadne z dzieci już nie chodziło. Za każdym razem było jedyne w klasie.

Marzena: - W państwowym, zwykłym liceum syna codziennie podczas dużej przerwy dzieci modlą się z katechetką na korytarzu. Zajęć z etyki w żadnej ze szkół nie było. To znaczy raz była: w gimnazjum córki. Ona bardzo te zajęcia lubiła. Potem powiedzieli: nie mamy na to godzin. W podstawówce Róży święto szkoły rokrocznie odbywało się w kościele. W szkole Karola każdy rok szkolny rozpoczyna się mszą. Dopiero potem wszystkie dzieci idą z kościoła do szkoły. Na zakończenie roku to samo. A rekolekcje? 2 maja dzieci odpracowują w sobotę, a tu nagle trzy dni bez zajęć szkolnych i nic. Z okazji śmierci papieża wszystkie trzy szkoły moich dzieci miały ołtarze dla papieża w głównym holu. W jednej cały korytarz był udekorowany jego zdjęciami.

Dwa lata temu cała szkoła Karola pojechała na wycieczkę do Niepokalanowa. Mieli jechać gdzie indziej, ale w ostatniej chwili okazało się, że wyjazd organizuje katechetka.

Marzena ma problem z wyborem opcji politycznej. Denerwuje ją, że osobom niereligijnym przypina się łatkę "komuchów". Kiedy przed wyborami Tusk wziął ślub kościelny, zajrzała do deklaracji ideowej Platformy Obywatelskiej.

- Okazała się niemal równie konserwatywna jak PiS. A państwo powinno być świeckie. Jeżeli akcentuje religie, to niech akceptuje wszystkie. Jeżeli głowa państwa odwiedza księdza z Radia Maryja, to powinna również brać udział w uroczystościach żydowskich, muzułmańskich, buddyjskich. Ale wszyscy przywódcy państwowi i partyjni mówią: "Polska jest krajem katolickim". Ja do tej grupy nie należę i co? Czuję, że jestem wrogiem. Nie mam psychicznego bezpieczeństwa.

W wyborach krajowych głosowała na Demokratów.

- Na lewicy nie ma ideowych ludzi. Ale Demokraci też są dla mnie zbyt klerykalni. Wprowadzili religię do szkół, choć nie musieli.

Premierem był wówczas Tadeusz Mazowiecki, ministrem edukacji narodowej - Henryk Samsonowicz.

- Dlaczego? Z prostego powodu: znaczna część społeczeństwa tego chciała. Są w szkole zajęcia dodatkowe z wuefu, plastyki, muzyki, czemu nie miałyby być z religii? - odpowiada profesor Samsonowicz.

- Czy rząd Mazowieckiego zamówił badania na temat poparcia społecznego dla wprowadzenia religii do szkół?

- Nie było żadnych badań. Ale dużo rozmawiałem z rodzicami, uczniami, nauczycielami. Religia miała być dla tych, którzy chcieli, a nie jako część programu szkolnego. Wtedy szkoła nie musiała, ale mogła proponować takie zajęcia.

- Jednak religia stała się częścią programu.

- To nie był mój pomysł. Ale biorę na siebie pełną odpowiedzialność za tamtą decyzję - dodaje Samsonowicz. - Refleksja nad wartościami wyższymi i rozważania nad samym sobą są niezbędne.

- Temat był głośny, wszyscy dyskutowali, nawet część wierzących wyrażała sprzeciw - mówi Wanda Nowicka, jedna z założycielek Stowarzyszenia na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo "Neutrum". - Potem było już tylko gorzej: dyskusje ucichły, ludzie posyłali dzieci na lekcje dla świętego spokoju. Skutki bywały rozmaite. Syn moich znajomych zmuszał ich, żeby chodzili z nim do kościoła, bo ksiądz wypytywał na każdej lekcji, czy rodzice chodzą.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione

Art. 53 ust. 4 Konstytucji RP:

"Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być

przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób".

ŹRÓDŁO:
gazeta wyborcza

cholera opamietajcie sie bracia katolicy nie zyjemy we średniowieczu !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Janusz Korczak

Janusz Korczak (właściwie Henryk Goldszmit, ps. Stary Doktor) (urodzony 22 lipca 1878 lub 1879 w Warszawie - zginął w sierpniu 1942 w obozie zagłady w Treblince) pedagog, publicysta, pisarz, lekarz.

Biografia

Urodził się w rodzinie Cecylii z Głębickich i zamożnego adwokata Józefa Goldszmita. Zaniedbano formalności metrykalnych i stąd nie da się ustalić dokładnego roku urodzenia. Jego rodzina była zupełnie zasymilowana, dopiero z czasem, z powodu narastającego antysemityzmu, zaczął się zajmować swoim żydowskim pochodzeniem.

Lata szkolne spędził w ośmioklasowym gimnazjum na Pradze (w Warszawie), oczywiście była to szkoła rosyjska, gdzie nawet język polski i religię wykładano po rosyjsku. W gimnazjum panowała żelazna dyscyplina, pozwolenie na pójście do teatru podpisywała dyrekcja gimnazjum, dyrekcja też wydawała bilety urlopowe na wyjazdy wakacyjne i w czasie ferii świątecznych. Łacinę wykładano już w pierwszej klasie (dla dzieci w wieku około 10-11 lat), francuski i niemiecki od klasy drugiej, grekę - od trzeciej. Uczniowie i nauczyciele nosili jednolite mundury sukienne, uczniów obowiązywało noszenie czapek sukiennych granatowych z białymi wypustkami, a nad daszkiem rosyjskie litery PG (Praskaja Gimnazja).

Dorastanie i dojrzewanie Henryka przebiegało w trudnych warunkach materialnych. Po śmierci ojca w 1890 r. jako uczeń V klasy (miał wtedy 15-16 lat) udzielał korepetycji, by pomóc w utrzymaniu rodziny.

W 1898 rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Cesarskiego w Warszawie. Latem 1899 roku Korczak pojechał do Szwajcarii, aby bliżej poznać działalność i twórczość pedagogiczną Pestalozziego. Zwiedzając kraj szczególnie interesował się szkołami, szpitalami dla dzieci, a także bezpłatnymi czytelniami pism dla dzieci i młodzieży. W 1905 po wysłuchaniu pięcioletniego kursu nauk medycznych i złożeniu obowiązującego egzaminu otrzymał dyplom lekarza.

Podjął pracę w charakterze lekarza w Szpitalu dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów przy ul. Śliskiej 51 - Siennej 60 (dom przechodni). Korczak jako lekarz miejscowy korzystał ze służbowego mieszkania na terenie szpitala; otrzymywał 200 rubli rocznie w czterech ratach; na każde wezwanie udawał się do chorego. W 1907 pojechał na cały rok do Berlina, aby uzupełnić swe wiadomości medyczne. Słuchał wykładów (za które sam płacił) i odbywał praktykę w klinikach dziecięcych; zwiedzał też różne zakłady wychowawcze.

Był w szesnastoosobowej grupie założycielskiej Haszomer Hacair, powstałej w 1916 w Wiedniu żydowskiej organizacji skautowej.

Był współtwórcą i kierownikiem Domu Sierot dla dzieci żydowskich w Warszawie (1912-1942) przy ul. Krochmalnej 92 (przeniesionego do getta na ul. Chłodną 33, a następnie na ul. Sienną 16-Śliską 9), a później także Naszego Domu (na Bielanach) - sierocińca dla dzieci polskich (1919-1936), gdzie stosował nowatorskie metody pedagogiczne.

Posiadał znakomite wyczucie psychiki dziecięcej, a jego postawa pełna szacunku i zaufania do dziecka stała się podstawą systemu pedagogicznego łączącego zasadę kierowania dziećmi z zasadą ich samodzielności. Samorząd, gazetka dziecięca, a także osobowość wychowawcy były formami pobudzającymi aktywność społeczną dzieci w tym systemie. Żądał równouprawnienia dziecka, poważnego traktowania jego spraw i przeżyć, wychowania w umiłowaniu dobra, piękna i wolności.

Swoje zasady wychowawcze Janusz Korczak wykładał w pismach pedagogicznych, z których najważniejszy jest cykl Jak kochać dziecko oraz w Instytucie Pedagogiki Specjalnej i w Wolnej Wszechnicy Polskiej.

W latach 1926-1930 redagował Mały Przegląd- eksperymentalne pismo dziecięce. Prowadził szeroką działalność popularyzatorską w obronie praw dziecka za pośrednictwem radia.

Zginął wraz ze swymi wychowankami wywieziony z getta w 1942, dobrowolnie towarzysząc im w drodze na śmierć w komorze gazowej. Miał możliwość ucieczki z getta.

Twórczość

Henryk Goldszmit od 1896 roku publikował w różnych czasopismach humoreski i artykuły na tematy społeczne, obyczajowe i wychowawcze.

Pseudonimu literackiego pierwszy raz użył w 1898 r. w konkursie im. Jana Paderewskiego, pochodzi on z książki Józefa Ignacego Kraszewskiego "Historia o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie". Dramat "Którędy?" Goldszmita został w tym konkursie wyróżniony, jednak w gazecie wydrukowano omyłkowo imię Janusz, i odtąd używał właśnie tego brzmienia.

Od 1901 roku zaczęły się kolejno ukazywać utwory literackie i pedagogiczne Korczaka:

Dzieci ulicy, Powieść. Warszawa 1901. Tworzywem literackim jest materiał obserwacyjny i faktograficzny gromadzony przez Korczaka w ciągu kilku lat obcowania z dziećmi i dorosłymi mieszkańcami Powiśla, Starego Miasta, Woli, Ochoty. Zaskakuje doskonała znajomość terenu, na którym toczy się akcja, a także dzieci wałęsających się po mieście w poszukiwaniu środków utrzymania dla siebie, rodzeństwa i rodziców, oraz znajomość norm moralnych, obowiązujących w tym środowisku.
Koszałki Opałki. Satyry społeczne. Warszawa 1905, wyd. II: 1910.
Recenzja: Antoni Lange [5 maja 1905r.] - Korczak zajmuje się wszystkimi sprawami społecznymi bez względu na to, czy są wielkie, czy małe;
Dziecko salonu (1906, wyd. II popr. 1927), Powieść zawierająca wątki autobiograficzne, będące literackim opracowaniem jego osobistych przeżyć i doświadczeń z wędrówek po norach staromiejskich, zamieszkałych przez nędzę Warszawy.
Recenzja: Stanisław Brzozowski [28 kwietnia 1905r.] - Na wszystkie tony rozbrzmiewa na kartkach jego utworów - skarga przekleństwo, złorzeczenie społeczeństwu, które przyszłość własną, spycha bezlitośnie w grób, nędzę fizyczną, umysłową, kalectwo, zdziczenie i zbrodnię.
Bobo (W-wa 1914), Książka zawiera trzy samodzielne utwory: [Studium powiastka]; Feralny tydzień [z Życia szkolnego]; Spowiedź motyla.
Recenzja: E. Rab. [15 lutego 1914 r.] Książka o dziecku i młodzieży - ale nie dla młodzieży.
Recenzja: Wincenty Rzymowski. Korczak rozbił legendę o beztroskiej szczęśliwości dziecka. Wydobył na jaw sprzeczność interesu między dziećmi a rodzicami, i słusznie! Ale dlaczego sprzeczność tę ubrał w postać antagonizmu między proletariatem, a burżuazją?
Momenty wychowawcze (Warszawa 1919, wyd. II poszerzone 1924) Książka ukazuje warsztat pracy Korczaka: formy i sposoby obserwacji dziecka, oraz sposoby gromadzenia materiału empirycznego. Czytelników autor uprzedza, że książka nie jest wzorem, jak należy podobne studia prowadzić;
Recenzja: Zygmund Nowicki [luty 1919 r.] Książka zawiera garść niezmiernie ciekawych notatek z obserwacji dzieci w wieku przedszkolnym. Autor zagląda w głąb stosunków, jakie zachodzą między dziećmi i dostrzega to, czego zwykle dorośli nie dostrzegają, mianowicie: psychiczne zawikłania, subtelne zatargi różnych charakterów, walki i rywalizację - słowem szereg dramatów życiowych. Odsłonił nam rzeczywiste życie dzieci, oraz cały szereg zagadnień życiowych i wychowawczych.
Jak kochać dziecko, Dziecko w rodzinie, (W-wa 1919, wyd. II Jak kochać dzieci, W-wa 1920, wyd. III Jak kochać dziecko W-wa 1929), Korczak uprzedza swoich czytelników, że w książce nie znajdują, ani przepisów ani recept na nurtujące ich wątpliwości... chcę by zrozumiano, że żadna książka, żaden lekarz nie zastąpią własnej czujnej myśli, własnego uważnego spostrzegania.
Recenzja: A.K. [luty 1919r.] Rozdziały poświęcone dziecku podyktowane są przez długą a umiejętną obserwację dziecka, przez odczucie i zrozumienie jego duszy. Przebija wszędzie jedna myśl: kochajmy dziecko, ale kochajmy rozumnie. A sposoby wychowania stosujmy nie do tego, kogo chcemy wychować, ale do tego, jakich sposobów dane dziecko potrzebuje.
Kiedy znów będę mały (1925), Książkę Korczak adresuje do dorosłego i młodego czytelnika. Zwracając się do dorosłych czytelników, którzy twierdzą, że nuży ich obcowanie z dziećmi, gdyż muszą się, zniżać do ich pojęć, pochylać, naginać, kurczyć pisze: Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać, żeby nie urazić.
Recenzja: J. Stycz. [Hermina Naglerowa] J. Korczak jest nie tylko przyjacielem dzieci, ale właśnie przyjacielem niedorosłych ludzi i dlatego nie traktuje ich z wysokości dorosłego człowieka, nie lekceważy sobie ich radości i smutków, a co najważniejsze, nie tworzy fantastycznego świata dzieci.
Prawo dziecka do szacunku (1929),
Pedagogika żartobliwa (1933);
oraz powieści społeczno-realistyczno-naturalistyczne dla dorosłych, oraz adresowane do dziecięcego czytelnika, np.:

Mośki, Joski i Srule (Warszawa 1910, wyd. II Warszawa 1922, wyd. III W-wa 1934), Opowieść dla dzieci. Tworzywem tej powieści publikowanej w odcinkach w Promyku 1909 nr 1 -14 był materiał obserwacyjny i faktograficzny zgromadzony w czasie pracy na kolonii letniej w Michałówce [1907]. Poszczególne odcinki powieści wywołują duże zainteresowanie młodych czytelników, o czym świadczą odpowiedzi redakcji Płomyka na ich listy. Stasiowi P. z Będzina, Heli W. Andzi J. z Krakowa, Nurkowi z Białego Dunajca, Jarusiowi M z Krakowa.
Józki, Jaśki i Franki (Warszawa 1911, wyd. II W-wa 1922, wyd. III W-wa 1930). Na łamach Promyka ukazywała się w odcinkach od 1909 roku Jej tworzywem są obserwacje, fakty, i wydarzenia z życia chłopców na kolonii letniej w Wilhelmówce [1908].
Sława Opowieść (W-wa 1913, wyd. II W-wa 1925, wyd. III nowe W-wa 1935, wyd. IV nowe W-wa 1937),
Recenzja: Jan Lorentowicz. - To bardzo żywy, dosadny, tu i ówdzie podkreślony delikatną ironią obraz wewnętrznego życia dzieci w szkole powszechnej.
Król Maciuś Pierwszy Powieść (Warszawa 1923, wyd. II 1925, wyd. XI Poznań 1991), jedna z najbardziej znanych i popularnych książek.
Recenzja: M.R. [Maria Rittinger] Książka pisana dla dzieci, dla chłopców o wyraźnych skłonnościach reformatorskich. Król Maciuś Korczaka postępuje tak, jak postępują inni królowie w literaturze, szczególnie ci z literatury angielskiej. - Jest prawym, szlachetnym, odważnym, lecz słabym i chwiejnym, bo - tylko człowiekiem.
Król Maciuś na wyspie bezludnej (1923)
Bankructwo małego Dżeka (1924),
Senat szaleńców, humoreska ponura - utwór grany na deskach teatru "Ateneum" 1931.
Kajtuś czarodziej Powieść fantastyczna (Warszawa 1935, 1973, Kraków 2001), tę powieść dla dzieci i młodzieży Korczak dedykuje niespokojnym chłopcom.
Recenzja: Stefan Rumelt (26 lutego 1935): ... autor traktuje dzieci jak ludzi dorosłych, z pobłażliwością wtajemnicza w nieznane, poważne i nieważne sprawy dzieci.
Recenzja:Jan Kott (31 grudnia 1935):... w książce jest świetnie podpatrzona psychologicznie prawda marzeń, przecież nie tylko dziecięcych...
Także między innymi pisany w getcie Pamiętnik (w tomie 4 Wyboru pism, 1958),

Po śmierci Janusza Korczaka ukazały się między innymi:

Wybór pism pedagogicznych (tom 1-2, 1957-1958)
Wybór pism (tom 1-4, 1957-1958)
Pisma wybrane (tom 1-4, 1978
W 1978 powstał Międzynarodowy Komitet im. Korczaka. W Niemczech od ponad 25 lat Korczakiem zajmuje się Erich Dauzenroth, dr filozofii, profesor nauk pedagogicznych na Uniwersytecie Justusa Liebiga w Giessen. Był współzałożycielem Niemieckiego Towarzystwa J. Korczaka i przez 12 lat jego przewodniczącym. Wydał liczne publikacje i rozprawy naukowe, był współwydawcą 16-tomowego OPERA OMNIA Korczaka (w języku niemieckim).